piątek, 4 kwietnia 2014

wtorek, 4 marca 2014

oddech w Stabule

Jestem już zmęczona. podróżami, ludźmi, napiętym planem dnia, niewyspaniem i samotnością.

Trochę oddechu nabrałam w Stambule. Wolny czas od 7:00 do 17:00. Niewiele, ale zawsze. Wzięłam hotel, wykąpałam się, przespałam godzinkę i ruszyłam na Grand i Spice Bazar, cel dawno obrany, a wcześniej niemożliwy do zrealizowania.

Na Grand Bazar wspomnienia ruszyły! Tu Ivan się targował, tam chyba Tonia oglądała torebki, tutaj zrobiłam zdjęcie. Jeju, kiedy to było? 4, 5 lat temu? Ah czasy beztroski ;) poczułam je choć na chwilę.
Łaziłam między szalikami, miseczkami, torebkami, kafelkami, dywanami, jubilerami i jednak cały czas myślała o K. Pewnie by mu się tu spodobało. Już byśmy kompletowali jakiś zestaw miseczek ^^ i nagle widzę taką jedną piękną i podbiegam, chwytam w ręce i mam ochotę się odwrócić i powiedzieć do K. : "zobacz jaka piękna!!!". Cały czas jakbym czuła jego obecność.

Wysyłam smsa, dostaję zakaz zakupów ;) posłusznie mijam stoiska z klapkami na oczach, idę na Spice Bazar, tam z pewnością coś kupię ;) przyprawy, orzechy, suszone owoce. Na koniec zakupów kebap (the best kebap in the world FOR REALL!!!) i ayran, siadam na schodach przy meczecie i patrzę na most Galata. Spokojnie jem, piję, delektuję się widokiem. I nagle do mnie dociera taka niesamowita ulga! Nikt do mnie nie podchodzi, nie chce pena, candy, money or plastik. Spokojnie przeszłam przez ulice Stambułu bez napastowania, ludzie się uśmiechają, ale każdy w swoim świecie i ja ANONIMOWA!!! Jesus jak cudownie!!! Jestem wśród swoich, żadne etiopskie odgłosy mnie nie dotykają, co za rozkosz i odpoczynek! Potem poszłam pod Hagię Sofię, podchodzą nagabują na rejs po Bosforze, na city tour po Stambule, Lady Lady Lady, would you like?
Uśmiecham się i mówię uprzejmie "no, thank you"
Uśmiechają się i odpowiadają "ok, enjoy Istanbul!"

Tymczasem na lotnisku, czekam na samolot do Addis Abeby, wysiądę z samolotu i z pewnością od razu usłyszę
"You You You, PEN!"
"NO!"
Madame, PEN
NO
pen
NO
pen
NO
pen
NO
......... candy?
-_-

jeszcze 2 tygodnie....

wtorek, 25 lutego 2014

sen, czas i rozmowa

odkąd znów tu przyjechałam nie mogę spać. ciągle chodzę niewyspana. jak już zasypiam to budzę się 5-6 razy na noc. snów nie miałam do teraz, a w przeciągu jednej nocy było kilka zwariowanych motywów.

najpierw pomagałam kobiecie w opiece nad jej wnuczkiem, totalne ADH, chodził z cyrklem w ręce i chciał wbić w kogoś igłę. zatrzymałam cyrkiel własną ręką i krwawiąca opierdzielałam kobietę z taką wściekłością jakby co najmniej popełniła jakąś zbrodnię.

śniła mi się Irena, że strasznie się pokłóciłyśmy, a potem godziłyśmy się z niesamowitą miłością. wręcz czułam jej ciepło jak ją przytulam i obie śmiejemy się przez łzy.

K. mi się nie śni.

dzień jest dniem, akcja rozgrywa się szybko, nie mam czasu na swoje myśli. zaczyna się wieczorem, kiedy walczę z etiopskim światem czy będzie internet, prąd, zasięg, czy też nie - wtedy budzą się demony tęsknoty, samotności i pustki.

Mówi się, że Bóg dał nam zegarek, Etiopczykom czas. Ale to, że jest się w Etiopii nie znaczy, że dostanie się czas. Czasu brak jak zwykle w naszym świecie, a przecież jestem na wycieczce zorganizowanej przez europejskie reguły. Czas, czas, czas. Nasze reguły, ich czas, wszystko dzieje się jak przyjdzie na to czas.

Przechodzę przez most na rzece Tekeze. Młode dziewczyny sprzedają precelki, odmawiam. Idę dalej, jest gorąco, mam spięte z tyłu włosy, zgarniam je w garść i podnoszę do góry, aby dać trochę powietrza karkowi. Podchodzi do mnie jedna dziewczyna i mówi po amharsku. Nie rozumiem, ale uśmiecham się i odpowiadam "Amaseginala" (dziękuję). To budzi w niej salwę śmiechu, całemu otoczeniu opowiada, że ona do mnie "blablabla" a ja do niej "dziękuję". Pokazuje więc na migi, abym puściła włosy. Robię co każe, a ona na to "oooooh!!! konjo!" (konjo - pięknie). Uśmiecham się szczerze. Dziewczyna przechodzi na angielski:
- do you have husband?
- yes. (słowo fiance nie jest tutaj znane ;)
- WOOOOOOOW!!!
- what is his name?
- Kris.
- WOOOOOOOOOOOOOOOOOOW KRIS! KRIS?
- yes, Kris.
- Kriiiiiis - za chwilę powtarza cała wioska. przewodnik mnie woła - Kris!beautifull! - słyszę za sobą :)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Etiopia

Gdy przybyłam tu po raz pierwszy tego roku za dużo się wokół mnie działo, za dużo bodźców. Nie potrafiłam pisać, choć bałam się, że wiele zapomnę. Dziś podczas trzeciej rundy po tym samym szlaku wiem, że dobrze, że nie pisałam wcześniej. Od tamtego momentu wiele się zmieniło, a perspektywa jaką mam teraz jest bezcenna.

Na początku bałam się. Przeraźliwie bałam się ludzi. Pojawia się biały człowiek i ich cały świat staje w miejscu, jakby czas się zatrzymał. Stają i obserwują, wymieniają między sobą komentarze, mają poważne twarze i widzisz, że każdy Twój ruch jest rejestrowany. Boisz się, czujesz niepewnie… zaatakują? Czy też nie?

Chorzy. Widok, z którym nie mogłam sobie poradzić. Ludzie bez nóg, rąk, oczu, z defektami skórnymi, powykręcani, opierający się o kije, czołgający się, szaleńcy, wszyscy wyciągają ręce… po pieniądze, po jedzenie, po wodę.

Dzieci. Brudne, w podartych łachmanach, zasmarkane, bose, o pięknych oczach, które wpatrują się w Ciebie bezustannie, chodzą za Tobą krok w krok, jak katarynka powtarzają „pen, candy, money, plastik”. Serce Ci się kraje.

Przewodnik. Zer was sri kings. Ze Lake, Zeir Fazer, We go sru, in 1333 – in sirtin sirti sri. Ja pier…. Co on mówi? There was three kings, The Lake, Their father, We go thruoght, in 1333.

Brud. Wszechobceny. Domy z błota, gałęzi, pni i blachy falistej. Kurz i smród.
Hotel. Coś działa, coś nie działa, zardzewiały brodzik, urwany prysznic, ułamana umywalka, brak deski, karaluchy, pluskwy i wszelkie inne robactwo. Żarówka ledwo wydaje z siebie jakieś światło. Pościel taka, że boję się w niej położyć. Zmęczenie bierze górę.

Tak widziałam Etiopię 1 dnia.

A potem? I teraz? Jest lepiej, ale nie powiem, że dużo lepiej. Nie zadomawiam się tutaj. Nie zachwyciła mnie Etiopia. Przyroda tak (COŚ PIĘKNEGO!!!), ludzie i atmosfera niekoniecznie. Ale dalej staram się ją zrozumieć. Staram się być cierpliwa, uprzejma, bezstronna.

Choć czasami się kurwa nie da i chętnie pierdolnęłabym kogoś w mordę (choć rasistką nie jestem :P), w pizdu zostawiła ten grajdołek i wróciła do Polski ^^ ot co!

Bałkany to maniana, ale tutaj jest burdel na kółkach ;)

wtorek, 19 listopada 2013

statyczność i mobilność

wprowadziliśmy się w niedzielę. do 01:00 w nocy K. układał podłogę, ja skrobałam zaschnięte kleksy tynku, skręcaliśmy łóżko, zamiataliśmy, przewieźliśmy tonę gratów, włączyliśmy lodówkę. zasnęliśmy wykończeni, aby obudzić się o 5:55, bo o 6:41 miałam pociąg do Wrocławia. uciekł. wsiadłam w następny o 6:47.

znów to uczucie. coś się zaczęło, a ja pakuję walizkę i wyjeżdżam. planowałam wyjazd do Wrocka od dawna, ale akurat wypadł na moment naszego zamieszkania. smutno mi, że nie mogę uczestniczyć w dalszym kładzeniu podłogi, kafelek w kuchni i skręcania mebli. z drugiej strony, jak to mój Tato mówił "znów dupa cię swędzi". swędziała mnie już od tak długiego siedzenia na miejscu ;)

jechałam 7h pociągiem. 3h do Zielonej i 4h od Zielonej na plastikowych czerwonych siedzeniach rozgrzanych do takiej samej czerwoności jak ich barwa. we Wrocławiu ucieszyłam się, że mogę w końcu wstać. jedyny plus to przeczytanie całej 200-stronicowej książki. od deski do deski. to pierwsza książka, którą przeczytałam do końca od... bardzo dawna. są plusy siedzenia na dupie przez 7h.

jestem drugi dzień. myśli odrywam od Dębna. wkręciłam się w moje sprawy tutaj, czyli doktorat. i cały czas biegam. męczy mnie duże miasto, męczą mnie przystanki i tramwaje, czas. ciągle mnie goni czas. miałam siedzieć w bibliotece, a tymczasem gonię, aby zdążyć ze wszystkim. cieszą mnie spotkania.

jadę tramwajem i wspominam studenckie, beztroskie życie we Wrocławiu. kurna, to przecież było tak niedawno, a jakoś już nie widzę takiej iskry w tym mieście. starość, ale radość, bo jakoś żalu nie mam. tylko wzdycham z sentymentem i cieszę się, że jestem już teraz w innym czasie, realiach, życiu. fajnie było, ale teraz też jest mi dobrze, choć życie kładzie teraz więcej kłód pod nogi i częściej i takie większe. mam tylko nadzieję, że nie zabraknie mi sił, aby stawiać kroki wysoko, ponad tym wszystkim.



czwartek, 14 listopada 2013

finanse

jeszcze chyba nigdy w moim życiu nie było tak krucho z kasą jak teraz. mieszkanie pochłania absolutnie wszystko. przekroczyliśmy zakładany budżet urządzenia mieszkania, a ze wszystkich pomieszczeń można powiedzieć, że jest zrobiona tylko łazienka... bez pralki i zlewu. W kuchni jeszcze brakuje blatów, płyty gazowej i zmywarki. Zmywarka to na razie luksus, więc póki co odkładamy jej zakup na lepsze czasy. Jeszcze łóżko, kanapa, szafy, szafki... pokoje są zupełnie gołe. Mamy nową datę "0" - ten weekend wprowadzamy się! o ile dziś naprawią nam piec -_-'

przy remontowym optymizmie trzyma mnie teraz wizja naszej własnej choinki w salonie ^^ choćby miała być jedynym meblem w tym pomieszczeniu :P

czwartek, 7 listopada 2013

awans

- Kochanie umyj zęby!
- hmmm jeżeli mówisz mi, że jedzie mi z buzi to już jesteś żoną
-_-'