metodyka pracy naukowej literaturoznawcy (praca, którą pisałam będąc w czarnej dupie) - 4+
język mediów (ten egzamin co mi nie poszedł) - 4+
seminarka (ten artykuł, który pisałam i pisałam przez cały semestr) - 5
prawo autorskie (uczyłam się 2 dni wcześniej, przepytywał na ostatnią chwilę K. ;) - 5
seks i kultura (no po prostu, bo lubię Kudowę Zdrój i kulturę też ;) - 5+ (naprawdę 5+ "bo 6-tek niestety nie ma")
czy los chce mnie tu jakoś zachęcić czy co?
czwartek, 31 maja 2012
środa, 30 maja 2012
wtorek, 29 maja 2012
[*]
minęło już 9 miesięcy
uruchomiłam starą komórkę Taty.
ostatnia wiadomość wysłana.
do Henia: "Poszedłem spać"
uruchomiłam starą komórkę Taty.
ostatnia wiadomość wysłana.
do Henia: "Poszedłem spać"
Wrocław - the studing place
mój doktorat sama postawiłam pod wielkim znakiem "?"
nie jestem w stanie określić, czy jest sens, czy mi się przyda, czy ja w ogóle chcę?
sens został zatracony dawno temu, już jak go zaczynałam w tym samym momencie jak Leszek miał pierwszą operację. Zaczęłam dojeżdżać. I semestr. wzięłam dziekankę. wróciłam na II semestr 1 roku... jeszcze 3 lata dojazdów do Wrocławia. przez te 3 lata owszem mogę pracować na UWr, ale jak to fizycznie zrobić, skoro jestem tu, w Dębnie?
czuję, że mnie wiele omija, nie uczestniczę w życiu Uczelni, wszystko zaliczam po łebkach, a jeden artykuł poprawiam 10 razy. po co mi "dr" skoro nie mogę być na Uczelni?
ostatni artykuł tylko mnie wkurwił. cały semestr pracy i za każdym razem odrzucany i dalej został do przeróbki. nic nie opublikowałam. nie potrafię pisać tym stylem. tym, znaczy się naukowym... wszystko zatracam, całe przesłanie i mój styl pisania. czy ja w ogóle chcę się w to bawić, aby ująć to, co chcę w zamkniętych ramach teorii literatury?
nie nie nie - taka była moja odpowiedź.
decyzja - zaliczam II semestr dla spokojnego sumienia i rezygnuję.
aż do spotkania z Dibem... "skąd wiesz co będziesz robić, gdzie będziesz i co ci się tak naprawdę przyda za 5-10 lat?"
wszystkie te wątpliwości pojawiają się dzisiaj. tak jak podjęłam decyzję o doktoracie, kiedy Tato był zdrowy, a ja już sobie znalazłam pokój we Wrocławiu na kolejne 4 lata. i jeb! po prostu jeb!
zatem, czy można czegoś być pewnym? coś zakładać?
no kurrrryyyywa nie wiem... po prostu nie wiem! i odkładam decyzję na jesień.
nie jestem w stanie określić, czy jest sens, czy mi się przyda, czy ja w ogóle chcę?
sens został zatracony dawno temu, już jak go zaczynałam w tym samym momencie jak Leszek miał pierwszą operację. Zaczęłam dojeżdżać. I semestr. wzięłam dziekankę. wróciłam na II semestr 1 roku... jeszcze 3 lata dojazdów do Wrocławia. przez te 3 lata owszem mogę pracować na UWr, ale jak to fizycznie zrobić, skoro jestem tu, w Dębnie?
czuję, że mnie wiele omija, nie uczestniczę w życiu Uczelni, wszystko zaliczam po łebkach, a jeden artykuł poprawiam 10 razy. po co mi "dr" skoro nie mogę być na Uczelni?
ostatni artykuł tylko mnie wkurwił. cały semestr pracy i za każdym razem odrzucany i dalej został do przeróbki. nic nie opublikowałam. nie potrafię pisać tym stylem. tym, znaczy się naukowym... wszystko zatracam, całe przesłanie i mój styl pisania. czy ja w ogóle chcę się w to bawić, aby ująć to, co chcę w zamkniętych ramach teorii literatury?
nie nie nie - taka była moja odpowiedź.
decyzja - zaliczam II semestr dla spokojnego sumienia i rezygnuję.
aż do spotkania z Dibem... "skąd wiesz co będziesz robić, gdzie będziesz i co ci się tak naprawdę przyda za 5-10 lat?"
wszystkie te wątpliwości pojawiają się dzisiaj. tak jak podjęłam decyzję o doktoracie, kiedy Tato był zdrowy, a ja już sobie znalazłam pokój we Wrocławiu na kolejne 4 lata. i jeb! po prostu jeb!
zatem, czy można czegoś być pewnym? coś zakładać?
no kurrrryyyywa nie wiem... po prostu nie wiem! i odkładam decyzję na jesień.
poniedziałek, 28 maja 2012
Wrocław - the growing up place
7 lat mi to zajęło. 7 lat zbierania się aby pojechać na ul. Robotniczą. Gdy studiowałam to zawsze miałam czas "jutro, dobra pojadę jutro", potem wsiadałam w pociąg do domu, po drodze z okna widziałam wspomnianą ulicę i sobie przypominałam "dobra, pójdę tam jak wrócę", a potem studia się skończyły, wyjechałam i mówiłam sobie "dobra kiedyś będę to zajdę" i w końcu całe szczęście zebrałam się i pojechałam pewnego ranka...
magiczny dom na ul. Robotniczej 112 stoi zaraz przy zajezdni 20-tki. ostatni raz tam byłam jakoś na studiach, kiedy mieszkał w nim jeszcze Wujek Heniu. nie poznał mnie wtedy, jego kobieta (pani, która się nim opiekowała) tłumaczyła mu, że jestem córką Heni, zrobiła herbatę, a na koniec nie zezwoliła na zrobienie zdjęć mieszkania i włożyła mi w rękę 50zł, które nie wiem czy były zwykłym kieszonkowym od Wujka, czy kasą w zamian za tak upragnione przeze mnie zezwolenie.
zatem zdjęć z mieszkania, gdzie żyła nasza kochana Ciocia Hela, pierwsza żona Wujka, gdzie dorastała moja Mama i które ja pamiętam z dzieciństwa - nie ma.
Cioci nie ma od blisko 12 lat.
Wujka od tego roku.
ja po 7 latach zamiaru sfotografowania Robotniczej 112 w końcu tam się udałam. chociaż tylko z zewnątrz i z klatki schodowej i z podwórka to zawsze coś. a najbardziej z dzieciństwa pamiętam biało-czarną kratkę na podłodze kamienicy.
magiczny dom na ul. Robotniczej 112 stoi zaraz przy zajezdni 20-tki. ostatni raz tam byłam jakoś na studiach, kiedy mieszkał w nim jeszcze Wujek Heniu. nie poznał mnie wtedy, jego kobieta (pani, która się nim opiekowała) tłumaczyła mu, że jestem córką Heni, zrobiła herbatę, a na koniec nie zezwoliła na zrobienie zdjęć mieszkania i włożyła mi w rękę 50zł, które nie wiem czy były zwykłym kieszonkowym od Wujka, czy kasą w zamian za tak upragnione przeze mnie zezwolenie.
zatem zdjęć z mieszkania, gdzie żyła nasza kochana Ciocia Hela, pierwsza żona Wujka, gdzie dorastała moja Mama i które ja pamiętam z dzieciństwa - nie ma.
Cioci nie ma od blisko 12 lat.
Wujka od tego roku.
ja po 7 latach zamiaru sfotografowania Robotniczej 112 w końcu tam się udałam. chociaż tylko z zewnątrz i z klatki schodowej i z podwórka to zawsze coś. a najbardziej z dzieciństwa pamiętam biało-czarną kratkę na podłodze kamienicy.
Wrocław - the meeting place
3 dni nauki i pisania referatu w Kalaczakrze. Zauważyłam, że codziennie przychodzą Ci sami ludzie, stała ekipa, która tam jest zawsze i mimo, że akurat wtedy Bedi nie pracowała i ja się tak zaczęłam czuć. ten sam stolik, komputer bądź książki, yerba i jadę z koksem. uświadomiłam sobie tajemnice fenomenu Wrocławia, który wydaje się małym, kameralnym miastem, a dzieje się tak gdy chodzimy codziennie tymi samymi ścieżkami - wtedy zawsze spotkamy kogoś znajomego.
Znajomy Bjednarza - Jani z Macedonii miał upiec burka na naszą prezentację, ale niestety zbyt się przypalił. Janiego natomiast poznałam jeszcze tego samego wieczoru w kuchni Maniany, gdzie jest kucharzem. Patrzę i nie wierzę :) znałam Janiego wcześniej z Sylwestrów Prawosławnych, ale przede wszystkim jako fotografa z "No 1" na ul. Kuźniczej. Chodziłam tam wywoływać zdjęcia z OPT, najbardziej jednak zapamiętałam Janiego, jak robił mi i Tacie zdjęcie do paszportu, kiedy weszło nowe rozporządzenie, że fotografia w paszporcie powinna być "en face" ... "najokropniejsze zdjęcie jakie mamy" - stwierdziliśmy wtedy z Tatą :P
Bedi i Jani
do najbardziej niesamowitego spotkania doszło po obiadku w "nudle w pudle". idziemy z Bedi koło kościoła św. Krzyża, patrzę na kolesia z aparatem (zboczenie :P) ubranego na czarno, kręcone włosy spięte w kitkę i już już prawie mówię w myślach do Bedi "ej, on jest podobny do..." i nagle podchodzi do niego dziewczyna również ubrana na czarno, krótkie czarne włosy... my stajemy jak wryte, oni naprzeciwko nas
ja "NO WAY!!!"
Sophie "I KNOW THEM!!!"
Poznałyśmy ich w Macedonii na wspólnym couchu, spędzili z nami jeden wieczór, po czym położyli się spać i wcześnie rano wyjechali kontynuować swoją podróż dookoła świata, którą wtedy właśnie zaczęli. Mówili, że nie będą zajeżdżać do Polski, że mają inne plany, ale podziękowali za nasze zaproszenie. Zero kontaktu, nic. I nagle akurat w ten dzień kiedy ja jestem we Wrocławiu, kiedy wracamy razem z Bedi z obiadu po prostu na nich wpadamy, a oni po prostu zmienili plany i jednak zawitali do Polski i nawet o nas myśleli, ale nie pamiętali w jakim mieście Bjednarz mieszka O_O AMAZING!!
z Sophie i Joao
Znajomy Bjednarza - Jani z Macedonii miał upiec burka na naszą prezentację, ale niestety zbyt się przypalił. Janiego natomiast poznałam jeszcze tego samego wieczoru w kuchni Maniany, gdzie jest kucharzem. Patrzę i nie wierzę :) znałam Janiego wcześniej z Sylwestrów Prawosławnych, ale przede wszystkim jako fotografa z "No 1" na ul. Kuźniczej. Chodziłam tam wywoływać zdjęcia z OPT, najbardziej jednak zapamiętałam Janiego, jak robił mi i Tacie zdjęcie do paszportu, kiedy weszło nowe rozporządzenie, że fotografia w paszporcie powinna być "en face" ... "najokropniejsze zdjęcie jakie mamy" - stwierdziliśmy wtedy z Tatą :P
Bedi i Jani
do najbardziej niesamowitego spotkania doszło po obiadku w "nudle w pudle". idziemy z Bedi koło kościoła św. Krzyża, patrzę na kolesia z aparatem (zboczenie :P) ubranego na czarno, kręcone włosy spięte w kitkę i już już prawie mówię w myślach do Bedi "ej, on jest podobny do..." i nagle podchodzi do niego dziewczyna również ubrana na czarno, krótkie czarne włosy... my stajemy jak wryte, oni naprzeciwko nas
ja "NO WAY!!!"
Sophie "I KNOW THEM!!!"
Poznałyśmy ich w Macedonii na wspólnym couchu, spędzili z nami jeden wieczór, po czym położyli się spać i wcześnie rano wyjechali kontynuować swoją podróż dookoła świata, którą wtedy właśnie zaczęli. Mówili, że nie będą zajeżdżać do Polski, że mają inne plany, ale podziękowali za nasze zaproszenie. Zero kontaktu, nic. I nagle akurat w ten dzień kiedy ja jestem we Wrocławiu, kiedy wracamy razem z Bedi z obiadu po prostu na nich wpadamy, a oni po prostu zmienili plany i jednak zawitali do Polski i nawet o nas myśleli, ale nie pamiętali w jakim mieście Bjednarz mieszka O_O AMAZING!!
z Sophie i Joao
sobota, 26 maja 2012
eh
eh, jebem ti tehnologiju!!!
no chciałam bardzo zamieścić film z naszej prezentacji (specjalnie dla Olafika), ale to nie takie proste, bo jeden komputer nie czyta płyty, a drugi nie ma wejścia na płyty -_-'
a ponieważ Bjednarz już krzyczy, że nie ma co czytać zacznę od hołdu dla różowej arystokracji, czyli prezentu urodzinowego dla Bedi:
a do tego Sojowe pinky bejbeczki i jugoslawishen wine, czyli "niemieckie, prosto z Macedonii" ;)
a teraz relacje z naszej prezentacji fot z Kosowa i Macedonii... na początek genialna mapka made by OlaF, która pokazuje całą naszą trasę pokonaną w marcu 2012:
Rozgadałyśmy się trochę, ale przecież było o czym opowiadać. 2 miesiące później uświadomiłyśmy sobie ile przeżyłyśmy w ciągu 2,5 marcowych tygodni, ilu ludzi poznałyśmy, spotkałyśmy, ile miejsc zobaczyłyśmy i ile miałyśmy przygód po drodze. ciężko było to wszystko opowiedzieć tak po prostu. Mimo wszystko dla mnie to była niesamowita retrospekcja "czy rzeczywiście tam byłyśmy?" jakby to było dawno dawno temu, odległe wspomnienie, które nagle wróciło. "a pamiętacie to i tamto, a wtedy i to i ten i tam" i ponowna tęsknota za Bałkanami, którymi już dawno powinnam rzygać, a ja dalej się ekscytuję jak po raz 100-tny tłumaczę co to jest rakija... "życie składa się z takich małych samotności"
całość - ok. szkoda jedynie, że zrobiłyśmy pokaz w noc muzeów i wieczór ligi mistrzów - no geniuszki zła. ludków było niewielu, ale miło, sympatycznie, kameralnie. Poopowiadałyśmy, pośmiałyśmy się i poszliśmy do Maniany otrzeć się o cały spocony Wrocław :P yeah!
a na następny dzień czas przyśpieszył. Irenka pojechała, Krzysiek pojechał, a ja zostałam i spędziłam 3 dni we Wrocławiu. Ostatnie takie dni po całym semestrze kursowania i chyba ostatnie dni mojego studiowania, ale o tym kiedy indziej.
niby tydzień, a tyle pisania.
za tydzień już porywa mnie sRainbow, ale tymczasem - jutro Myśla ^^
no chciałam bardzo zamieścić film z naszej prezentacji (specjalnie dla Olafika), ale to nie takie proste, bo jeden komputer nie czyta płyty, a drugi nie ma wejścia na płyty -_-'
a ponieważ Bjednarz już krzyczy, że nie ma co czytać zacznę od hołdu dla różowej arystokracji, czyli prezentu urodzinowego dla Bedi:
a do tego Sojowe pinky bejbeczki i jugoslawishen wine, czyli "niemieckie, prosto z Macedonii" ;)
a teraz relacje z naszej prezentacji fot z Kosowa i Macedonii... na początek genialna mapka made by OlaF, która pokazuje całą naszą trasę pokonaną w marcu 2012:
Rozgadałyśmy się trochę, ale przecież było o czym opowiadać. 2 miesiące później uświadomiłyśmy sobie ile przeżyłyśmy w ciągu 2,5 marcowych tygodni, ilu ludzi poznałyśmy, spotkałyśmy, ile miejsc zobaczyłyśmy i ile miałyśmy przygód po drodze. ciężko było to wszystko opowiedzieć tak po prostu. Mimo wszystko dla mnie to była niesamowita retrospekcja "czy rzeczywiście tam byłyśmy?" jakby to było dawno dawno temu, odległe wspomnienie, które nagle wróciło. "a pamiętacie to i tamto, a wtedy i to i ten i tam" i ponowna tęsknota za Bałkanami, którymi już dawno powinnam rzygać, a ja dalej się ekscytuję jak po raz 100-tny tłumaczę co to jest rakija... "życie składa się z takich małych samotności"
całość - ok. szkoda jedynie, że zrobiłyśmy pokaz w noc muzeów i wieczór ligi mistrzów - no geniuszki zła. ludków było niewielu, ale miło, sympatycznie, kameralnie. Poopowiadałyśmy, pośmiałyśmy się i poszliśmy do Maniany otrzeć się o cały spocony Wrocław :P yeah!
a na następny dzień czas przyśpieszył. Irenka pojechała, Krzysiek pojechał, a ja zostałam i spędziłam 3 dni we Wrocławiu. Ostatnie takie dni po całym semestrze kursowania i chyba ostatnie dni mojego studiowania, ale o tym kiedy indziej.
niby tydzień, a tyle pisania.
za tydzień już porywa mnie sRainbow, ale tymczasem - jutro Myśla ^^
czwartek, 17 maja 2012
środa, 16 maja 2012
PZU vol.2 :D
słyszę mocne, zdecydowane, głośne kroki... mam przeczucie, że lizie do mnie -_- słyszę już przed drzwiami - "no gdzie teraz to PZU Życie?" - odwracam się gotowa do odparcia ataku! wchodzi...
... K. z bukietem róż!
:D !
... K. z bukietem róż!
:D !
basen
basen z K. i dzieciaczkami
tyyyyle radości :D
tyyyyle energii
tyyyyle śmiechu
tyyyyle nowych dla mnie wrażeń
i bezcenne rozmowy w szatni:
A. - Ciociu, a mogę pływać bez majtek? - odwracam się, już je ściągnęła :)
ja - nie Agatko, załóż majtki.
ja - idę do przebieralni
A. - mogę z Tobą?
ja - no dobrze, chodź.
A. chce wyjść, ja się dalej przebieram, drzwi zablokowane
ja - nie wyjdziesz teraz Agatko, bo drzwi są zablokowane
A. - ojej a jak je odblokujemy?
ja - tutaj trzeba przekręcić
A. - a jak nam się nie uda i zostaniemy tu na zawsze i nie będziemy miały się w co przebrać i będziemy brudne i śmierdzące?
ja - hmmm to może poprosimy o pomoc jakiegoś dobrego Anioła?
A. - tak! to może ja zawołam swojego Aniołka! A N I OOOOOO Ł K UUUUUUUUU!!!!!!!
ja - szybko odkręciłam blokadę, drzwi się otworzyły - zobacz, udało się!
A. - wiedziałam, że się uda! Aniołek posypał drzwi magicznym pyłkiem i się otworzyły :)
ja - tak właśnie było :)
spojrzenia w szatni - bezcenne :P
ja - jeszcze skarpetki, albo nie, założymy je przy wyjściu, bo tu jest mokro.
A. - to nie będziesz mnie niosła????
no co, nie będę? ;)
to takie niesamowite patrzeć jak się świetnie bawią, jak się cieszą z bąbelków, zium (zjeżdżalni) i lecącej ze ściany wody, jak K. się z nimi wygłupia, ale jeszcze lepsze jest w tym wszystkim uczestniczyć, a do niektórych uśmiechów się przyczynić :)
tyyyyle radości :D
tyyyyle energii
tyyyyle śmiechu
tyyyyle nowych dla mnie wrażeń
i bezcenne rozmowy w szatni:
A. - Ciociu, a mogę pływać bez majtek? - odwracam się, już je ściągnęła :)
ja - nie Agatko, załóż majtki.
ja - idę do przebieralni
A. - mogę z Tobą?
ja - no dobrze, chodź.
A. chce wyjść, ja się dalej przebieram, drzwi zablokowane
ja - nie wyjdziesz teraz Agatko, bo drzwi są zablokowane
A. - ojej a jak je odblokujemy?
ja - tutaj trzeba przekręcić
A. - a jak nam się nie uda i zostaniemy tu na zawsze i nie będziemy miały się w co przebrać i będziemy brudne i śmierdzące?
ja - hmmm to może poprosimy o pomoc jakiegoś dobrego Anioła?
A. - tak! to może ja zawołam swojego Aniołka! A N I OOOOOO Ł K UUUUUUUUU!!!!!!!
ja - szybko odkręciłam blokadę, drzwi się otworzyły - zobacz, udało się!
A. - wiedziałam, że się uda! Aniołek posypał drzwi magicznym pyłkiem i się otworzyły :)
ja - tak właśnie było :)
spojrzenia w szatni - bezcenne :P
ja - jeszcze skarpetki, albo nie, założymy je przy wyjściu, bo tu jest mokro.
A. - to nie będziesz mnie niosła????
no co, nie będę? ;)
to takie niesamowite patrzeć jak się świetnie bawią, jak się cieszą z bąbelków, zium (zjeżdżalni) i lecącej ze ściany wody, jak K. się z nimi wygłupia, ale jeszcze lepsze jest w tym wszystkim uczestniczyć, a do niektórych uśmiechów się przyczynić :)
wtorek, 15 maja 2012
PZU
jestem wredna. przyznaję. potrafię. ale ktoś musi zasłużyć...
siedzę w biurze drugi dzień pod rząd i powoli zaczynam wyrabiać stopień mistrza we wredoctwie, które jest reakcją na:
- krzyk
- pretensje
- ironiczne pytania
- ironiczne komentarze
- bezmyślność
- głupotę
były 2 biura na jednym piętrze: moje PZU Majątek i zaraz przy schodach (czyli ZARAZ NA WEJŚCIU) PZU Życie. 2 osobne firmy, 2 osobne rodzaje ubezpieczeń, zupełnie inni pracownicy. 01.05.2012 zlikwidowano Oddział PZU Życie w Dębnie i przeniesiono do Myśliborza. Informacja o przenosinach była wywieszona i ogłaszana ustnie przez już ponad miesiąc, no ale zawsze znajdzie się ktoś do kogo inf nie dotarła.
NA WEJŚCIU jest napisane: "Oddział PZU Życie przeniesiony do Myśliborza. WPŁAT DOKONYWAĆ NA PARTERZE W BANKU GBS."
Pod spodem druga kartka: "PZU Majątek - pokój nr 7 --->"
I siedzę tak w pokoju nr 7 i średnio 1 osoba na 10min wpada do mnie do biura i:
- krzyczy, że gdzie ona ma teraz wpłacać, że utrudniamy, że ma jechać do Myśliborza itp itd.
JEST INF WYWIESZONA, ŻE WPŁATY W BANKU? CZY JA UTRUDNIAM?-CYZ JA JESTEM PRACOWNIKIEM PZU ŻYCIE!-NIE! CZY JEST TAM NAPISANY NR TEL?-NIE TRZEBA JECHAĆ, MOŻNA ZADZWONIĆ!
- ma pretensję, że przenieśliśmy biuro
MY? PROSZĘ PANI/PANA TO JEST INNA FIRMA
- ironicznie pyta: i co, mam wpłacić w banku razem z prowizją, ha??
MOŻE PANI/PAN JECHAĆ DO MYŚLIBORZA JAK CHCE -_-
- ironicznie komentuje, że: tak, wszystko nam zabierzcie z tego Dębna!
MY?
- bezmyślnie: widzi napis "PRZENIESIONY" i nie czyta dalej, tylko biegnie do pokoju nr 7, rzuca mi kwitek i chce zapłacić
-_-
- głupio: czyta, idzie do pokoju nr 7 zapytać się mnie, czy może ja bym nie przyjęła wpłaty, ja mówię "nie" wtedy KAŻE mi zapisać nr telefonu do PZU Życie i mimo, że znam ten nr już na pamięć to jestem kurwa wredna i
DAJĘ KARTKĘ, DŁUGOPIS I KAŻĘ WRÓCIĆ DO DRZWI NA WEJŚCIU PZU ŻYCIE PRZECZYTAĆ SOBIE JESZCZE RAZ, SPISAĆ NR I ODNIEŚĆ MI DŁUGOPIS!!!
siedzę w biurze drugi dzień pod rząd i powoli zaczynam wyrabiać stopień mistrza we wredoctwie, które jest reakcją na:
- krzyk
- pretensje
- ironiczne pytania
- ironiczne komentarze
- bezmyślność
- głupotę
były 2 biura na jednym piętrze: moje PZU Majątek i zaraz przy schodach (czyli ZARAZ NA WEJŚCIU) PZU Życie. 2 osobne firmy, 2 osobne rodzaje ubezpieczeń, zupełnie inni pracownicy. 01.05.2012 zlikwidowano Oddział PZU Życie w Dębnie i przeniesiono do Myśliborza. Informacja o przenosinach była wywieszona i ogłaszana ustnie przez już ponad miesiąc, no ale zawsze znajdzie się ktoś do kogo inf nie dotarła.
NA WEJŚCIU jest napisane: "Oddział PZU Życie przeniesiony do Myśliborza. WPŁAT DOKONYWAĆ NA PARTERZE W BANKU GBS."
Pod spodem druga kartka: "PZU Majątek - pokój nr 7 --->"
I siedzę tak w pokoju nr 7 i średnio 1 osoba na 10min wpada do mnie do biura i:
- krzyczy, że gdzie ona ma teraz wpłacać, że utrudniamy, że ma jechać do Myśliborza itp itd.
JEST INF WYWIESZONA, ŻE WPŁATY W BANKU? CZY JA UTRUDNIAM?-CYZ JA JESTEM PRACOWNIKIEM PZU ŻYCIE!-NIE! CZY JEST TAM NAPISANY NR TEL?-NIE TRZEBA JECHAĆ, MOŻNA ZADZWONIĆ!
- ma pretensję, że przenieśliśmy biuro
MY? PROSZĘ PANI/PANA TO JEST INNA FIRMA
- ironicznie pyta: i co, mam wpłacić w banku razem z prowizją, ha??
MOŻE PANI/PAN JECHAĆ DO MYŚLIBORZA JAK CHCE -_-
- ironicznie komentuje, że: tak, wszystko nam zabierzcie z tego Dębna!
MY?
- bezmyślnie: widzi napis "PRZENIESIONY" i nie czyta dalej, tylko biegnie do pokoju nr 7, rzuca mi kwitek i chce zapłacić
-_-
- głupio: czyta, idzie do pokoju nr 7 zapytać się mnie, czy może ja bym nie przyjęła wpłaty, ja mówię "nie" wtedy KAŻE mi zapisać nr telefonu do PZU Życie i mimo, że znam ten nr już na pamięć to jestem kurwa wredna i
DAJĘ KARTKĘ, DŁUGOPIS I KAŻĘ WRÓCIĆ DO DRZWI NA WEJŚCIU PZU ŻYCIE PRZECZYTAĆ SOBIE JESZCZE RAZ, SPISAĆ NR I ODNIEŚĆ MI DŁUGOPIS!!!
poniedziałek, 14 maja 2012
To i Owo
Lazy One, Pinky One, Greeny One & Turbo Irena zapraszają już w sobotę 19 maja o godz. 19:00 do Kalaczakry we Wrocławiu na pokaz fot i opowieści z naszej podróży po Macedonii i Kosowie.
Opowiemy m.in. o gościnności Macedończyków, Puertorykańczyka i Finki, o rozumieniu się z mieszkańcami Kosowa, o starych serbskich monasterach, o Zakonie Sióstr Rzezimieszek, o tym jak dojechać na Kosowskie Pole, o latte w szklance i kosowskim macchiato, o Kanione o nazwie "Macica", o srogiej macedońskiej zimie, która zaskoczyła polskie kierowczynie, o pięknym Ochrydzie, o tym jak przepłynąć statkiem z jeziora Ochrydzkiego (!) do Bałtyku, przepysznym jedzeniu, gorącej rakiji, szalonej podróży przez albańskie drogi, na których atakowali nas ludzie z rybami i rybitwami, o wykopaliskach archeologicznych, krainie wina, zjawiskowej twierdzy Króla Marka, o śniegu po pachy i słońcu na koniec wyprawy :))))
Opowiemy m.in. o gościnności Macedończyków, Puertorykańczyka i Finki, o rozumieniu się z mieszkańcami Kosowa, o starych serbskich monasterach, o Zakonie Sióstr Rzezimieszek, o tym jak dojechać na Kosowskie Pole, o latte w szklance i kosowskim macchiato, o Kanione o nazwie "Macica", o srogiej macedońskiej zimie, która zaskoczyła polskie kierowczynie, o pięknym Ochrydzie, o tym jak przepłynąć statkiem z jeziora Ochrydzkiego (!) do Bałtyku, przepysznym jedzeniu, gorącej rakiji, szalonej podróży przez albańskie drogi, na których atakowali nas ludzie z rybami i rybitwami, o wykopaliskach archeologicznych, krainie wina, zjawiskowej twierdzy Króla Marka, o śniegu po pachy i słońcu na koniec wyprawy :))))
sobota, 12 maja 2012
czeskie rozmowy
K. przy otwartej Xsarze, ja zdiwiona:
- Xsara była otwarta?
- Otwarta była.
- Zamknięta?
- Otwarta.
- Ja ci ją otworzyłam?
- nie otworzyłaś mi jej - :)
- :) ale... to znaczy, że nie była zamknięta.
- buhahahahhaa brawo Rutkowski!
4:20 rano. Kostrzyn. Żegnam K., ten idzie na dworzec. ja do nie-mojego auta z pęczkiem kluczy. męczę się i męczę - klucz nie wchodzi. włączam komórkę, może jeszcze K. nie wsiadł do pociągu, ale najpierw poświecę sobie na dziurkę od klucza. otwierają się drzwi:
K. - co robisz?
- próbuję odpalić - pokazuję kluczyk
K. - ale to nie ten :)
- aaaaha :D ehehehe
K. - kocham Cię!
- co się stało?
K. - nie ma mojego pociągu, następny jest o 6:45
- -_- eh jebem ti pkp, oh jebem!
(dobrze, że nie odjechałam, bo moja komórka nie miała zasięgu ;)
- Xsara była otwarta?
- Otwarta była.
- Zamknięta?
- Otwarta.
- Ja ci ją otworzyłam?
- nie otworzyłaś mi jej - :)
- :) ale... to znaczy, że nie była zamknięta.
- buhahahahhaa brawo Rutkowski!
4:20 rano. Kostrzyn. Żegnam K., ten idzie na dworzec. ja do nie-mojego auta z pęczkiem kluczy. męczę się i męczę - klucz nie wchodzi. włączam komórkę, może jeszcze K. nie wsiadł do pociągu, ale najpierw poświecę sobie na dziurkę od klucza. otwierają się drzwi:
K. - co robisz?
- próbuję odpalić - pokazuję kluczyk
K. - ale to nie ten :)
- aaaaha :D ehehehe
K. - kocham Cię!
- co się stało?
K. - nie ma mojego pociągu, następny jest o 6:45
- -_- eh jebem ti pkp, oh jebem!
(dobrze, że nie odjechałam, bo moja komórka nie miała zasięgu ;)
czwartek, 10 maja 2012
ślub i inne koszmary
29 kwietnia robiłam foty na ślubie Ani i Mohera.
Przyznam się, nie miałam ochoty na ten ślub i wesele i jeszcze przed mówiłam sobie "jeszcze Łosiu w sierpniu i nie robię ślubów" Lecz, jestem zadowolona :) nie tylko z fot, ale z całej atmosfery. trochę się pobawiłam, pełniłam funkcję trochę świadkowej Ani (pomagałam w sensie) i zostałam osobą towarzyszącą Grabowskiego ;), ale przede wszystkim śmiałam się cały dzień. cieszyłam się ich radością. były ciężkie momenty, jak wtedy kiedy pewna Pani wbiła mi obcas w sam środek stopy (opuchnięta i kulejąca przez następne 3 dni) no i moment podziękowań dla rodziców... (ciężko, kilka fot, i ukrywanie łez w łazience) ale ogólnie cały dzień był bardzo pozytywny.
"ślub" budzi we mnie mieszane uczucia. osobiście jestem trochę na tak i bardziej na nie.
formalnie pomaga, prywatnie do szczęścia mi nie jest potrzebny.
pamiętam dawną dyskusję z moimi rodzicami na temat wesela.... ktoś zrobił huczne weselicho, kupę kasy wydał, gości ponad 200 - moi rodziciele na to, że przesada, że po co tyle gości, że lepiej na coś innego przeznaczyć te pieniądze, w ogóle nie robić wesela, ślub i wsiąść w samochód, pojechać gdzieś. ja wtedy palnęłam "ale Tatuś, nie chciałbyś ze mną zatańczyć na moim weselu?" - myśląc trochę, że właściwie szkoda im pieniędzy. Tato wzdychnął i zezłoszczony zaczął mi tłumaczyć, że nie o to chodzi. dziś już wiem o co chodzi, bo dziś mam inne spojrzenie na pieniądze, które sama zarabiam.
dziś sobie myślę, że Tato już nigdy ze mną nie zatańczy, a do ołtarza to ja go odprowadziłam...
ślub i wesele jest dla pary młodej, ale też dla rodziców i dla całej zgrai rodziny znanej i nieznanej i przyjaciół. oczywiście jest miło, wesoło i w sumie fajnie zrobić taką imprezę, razem się pobawić, wypić. z drugiej strony jednak jak pomyślę na co mogłabym tą całą kasę przeznaczyć *_*
pojawia się też u mnie zwykłe pytanie "po co?" - bo się kochamy - oczywiste. jednak w moim środowisku znajomych było tyle rozwodów, albo tyle ludzi są ze sobą nieszczęśliwi, ale tkwią w tym związku, bo w końcu wzięli ślub, przecież się nie rozwiodą, bo co ludzie powiedzą, albo biorą ślub bo to chyba już wypada. znam też pary do których nie mam zastrzeżeń, ale mogę je policzyć na palcach jednej dłoni.
do czego dążę? wszystkie te moje przemyślenia i wątpliwości skupiają się w cyklu moich snów o własnym ślubie, które mi towarzyszą już od wielu lat. zwykle taki sen zaczyna się od tego, że budzę się w/przed kościołem w białej sukni i jestem totalnie przerażona O_O no i oczywiście okazuje się że hajtam się nie z tym co chcę, albo on się nie zjawia, albo jestem spóźniona, albo nagle sobie przypominam, że dziś mam ślub, albo uciekam i wszyscy goście są na mnie wściekli a ja się wdrapuję na wysoki słup i piję wino w białej kiecce. taki sen uruchamia się u mnie albo przed lub po jakimś ślubnym foto zleceniem, albo czyimś ślubem. wczoraj był ten moment. budzę się w kościele w białej sukni i myślę sobie we śnie "kurwa, znowu ta sama akcja", ale zaraz zaraz... hajtam się z K. eeee to spoko luz ;) no i ledwo tak mówię i jeb, wszystko się pieprzy. K. spierdala sprzed ołtarza bo martwi się o Soje, które jeszcze nie przybyły na uroczystość. Wraca po godzinie i jakby nigdy nic oznajmia mi, że Sojom nic nie jest, ale jeszcze pieką bejbeczki -_- (Soje, żadnych bejbeczek nie będzie jak już, macie po prostu być!), po czym K. odbiera mnóstwo telefonów, włącza bajkę dla dzieci, generalnie robi wszystko, tylko się ze mną nie hajta. Myślę sobie, kuuuu**wa ja tu się zgodziłam przecie, a on ma to w dupie. cóż w końcu jakoś dochodzi do ślubu. okazuje się, że ja nie mam transportu na wesele, a K. jedzie z jakimiś kumplami. po drodze mają wypadek, rzucają zakrwawione ciało na biały weselny obrus, a K. wyciąga telefon i komuś tam mówi zniechęconym głosem "no, już po ślubie".
budzę się i jest mi naprawdę przykro!! hmmm to chcę czy nie chcę?
Bedi - wyspałaś się?
ja - no, ale miałam straszny sen
Bedi - co ci się śniło?
ja - że się hajtam z K., a on jest strasznym chujem!
Bedi - eee tzn. ma kształt chuja?
Przyznam się, nie miałam ochoty na ten ślub i wesele i jeszcze przed mówiłam sobie "jeszcze Łosiu w sierpniu i nie robię ślubów" Lecz, jestem zadowolona :) nie tylko z fot, ale z całej atmosfery. trochę się pobawiłam, pełniłam funkcję trochę świadkowej Ani (pomagałam w sensie) i zostałam osobą towarzyszącą Grabowskiego ;), ale przede wszystkim śmiałam się cały dzień. cieszyłam się ich radością. były ciężkie momenty, jak wtedy kiedy pewna Pani wbiła mi obcas w sam środek stopy (opuchnięta i kulejąca przez następne 3 dni) no i moment podziękowań dla rodziców... (ciężko, kilka fot, i ukrywanie łez w łazience) ale ogólnie cały dzień był bardzo pozytywny.
"ślub" budzi we mnie mieszane uczucia. osobiście jestem trochę na tak i bardziej na nie.
formalnie pomaga, prywatnie do szczęścia mi nie jest potrzebny.
pamiętam dawną dyskusję z moimi rodzicami na temat wesela.... ktoś zrobił huczne weselicho, kupę kasy wydał, gości ponad 200 - moi rodziciele na to, że przesada, że po co tyle gości, że lepiej na coś innego przeznaczyć te pieniądze, w ogóle nie robić wesela, ślub i wsiąść w samochód, pojechać gdzieś. ja wtedy palnęłam "ale Tatuś, nie chciałbyś ze mną zatańczyć na moim weselu?" - myśląc trochę, że właściwie szkoda im pieniędzy. Tato wzdychnął i zezłoszczony zaczął mi tłumaczyć, że nie o to chodzi. dziś już wiem o co chodzi, bo dziś mam inne spojrzenie na pieniądze, które sama zarabiam.
dziś sobie myślę, że Tato już nigdy ze mną nie zatańczy, a do ołtarza to ja go odprowadziłam...
ślub i wesele jest dla pary młodej, ale też dla rodziców i dla całej zgrai rodziny znanej i nieznanej i przyjaciół. oczywiście jest miło, wesoło i w sumie fajnie zrobić taką imprezę, razem się pobawić, wypić. z drugiej strony jednak jak pomyślę na co mogłabym tą całą kasę przeznaczyć *_*
pojawia się też u mnie zwykłe pytanie "po co?" - bo się kochamy - oczywiste. jednak w moim środowisku znajomych było tyle rozwodów, albo tyle ludzi są ze sobą nieszczęśliwi, ale tkwią w tym związku, bo w końcu wzięli ślub, przecież się nie rozwiodą, bo co ludzie powiedzą, albo biorą ślub bo to chyba już wypada. znam też pary do których nie mam zastrzeżeń, ale mogę je policzyć na palcach jednej dłoni.
do czego dążę? wszystkie te moje przemyślenia i wątpliwości skupiają się w cyklu moich snów o własnym ślubie, które mi towarzyszą już od wielu lat. zwykle taki sen zaczyna się od tego, że budzę się w/przed kościołem w białej sukni i jestem totalnie przerażona O_O no i oczywiście okazuje się że hajtam się nie z tym co chcę, albo on się nie zjawia, albo jestem spóźniona, albo nagle sobie przypominam, że dziś mam ślub, albo uciekam i wszyscy goście są na mnie wściekli a ja się wdrapuję na wysoki słup i piję wino w białej kiecce. taki sen uruchamia się u mnie albo przed lub po jakimś ślubnym foto zleceniem, albo czyimś ślubem. wczoraj był ten moment. budzę się w kościele w białej sukni i myślę sobie we śnie "kurwa, znowu ta sama akcja", ale zaraz zaraz... hajtam się z K. eeee to spoko luz ;) no i ledwo tak mówię i jeb, wszystko się pieprzy. K. spierdala sprzed ołtarza bo martwi się o Soje, które jeszcze nie przybyły na uroczystość. Wraca po godzinie i jakby nigdy nic oznajmia mi, że Sojom nic nie jest, ale jeszcze pieką bejbeczki -_- (Soje, żadnych bejbeczek nie będzie jak już, macie po prostu być!), po czym K. odbiera mnóstwo telefonów, włącza bajkę dla dzieci, generalnie robi wszystko, tylko się ze mną nie hajta. Myślę sobie, kuuuu**wa ja tu się zgodziłam przecie, a on ma to w dupie. cóż w końcu jakoś dochodzi do ślubu. okazuje się, że ja nie mam transportu na wesele, a K. jedzie z jakimiś kumplami. po drodze mają wypadek, rzucają zakrwawione ciało na biały weselny obrus, a K. wyciąga telefon i komuś tam mówi zniechęconym głosem "no, już po ślubie".
budzę się i jest mi naprawdę przykro!! hmmm to chcę czy nie chcę?
Bedi - wyspałaś się?
ja - no, ale miałam straszny sen
Bedi - co ci się śniło?
ja - że się hajtam z K., a on jest strasznym chujem!
Bedi - eee tzn. ma kształt chuja?
wtorek, 8 maja 2012
z cyklu: jestem w ciemnej dupie
zwariowany dzień. 23:23. referat na jutro. podróż w czasie? nieeeee słodka współczesność -_-' tęskniłam...
poniedziałek, 7 maja 2012
grill & after
wracając jeszcze do majowych to pewnego dnia zaprosiłam garstkę znajomych na grilla. jakieś 20 osób, no ale jak to Irena powiedziała "ej, nieczęsto Bacha ma wolną chatę, więc co tam". 20 nie było, ale... zaraz zaraz ja, Alladyn, Irena, Duża Soja, Mała Soja, Ula, Jacek z Asią, Tomek, Sokół i Sandra, Ania i Moher, Rau - 14 :) + kot i pies.
dużo się działo, dużo nawet tego, co pamiętam, a co nie pamiętam też sporo ;)
w każdym razie cieszę się, że ludki przyszły, było miło i ciepło, a potem zaczęła się toczyć historia pt. "O jednego drinka za daleko"
zaginięcie Alladyna
poszukiwanie go po całej Chojeńskiej bez butów (bo prawdziwa Barbra Rutkowska nie zostawia śladów i nie hałasuje :P)
w końcu odnalezienie Alladyna, mój niby foch i jaka to będę "twardka i bez zasad"
potem próby wdrapania się na hamak i wreszcie wylądowanie na kanapie. a rano... o bosze o bosze! %(
wróciłam do żywych ok 14:00. Kochany Alladyn i Kochana Irenka już zdążyli wszystko posprzątać, a jeszcze wieczorem Kochana była Duża Soja. Wielkie gracias!
Później nie było nawet tak źle, jeszcze przez parę godzin pełniłam rolę Cioci Basi, a następnie POPRAWINY :)
i nieszczęsny/szczęsny incydent...
Filip i Fiona stracili dziewictwo.
Co na to Soja? - biedny Filip
Co na to sąsiadka? - przecież mówiła Pani, że Pani pies był kastrowany!!! Będzie Pani płacić alimenty! (ponoć ja też, bo na mojej posesji)
Sojuuuu? -_-
dużo się działo, dużo nawet tego, co pamiętam, a co nie pamiętam też sporo ;)
w każdym razie cieszę się, że ludki przyszły, było miło i ciepło, a potem zaczęła się toczyć historia pt. "O jednego drinka za daleko"
zaginięcie Alladyna
poszukiwanie go po całej Chojeńskiej bez butów (bo prawdziwa Barbra Rutkowska nie zostawia śladów i nie hałasuje :P)
w końcu odnalezienie Alladyna, mój niby foch i jaka to będę "twardka i bez zasad"
potem próby wdrapania się na hamak i wreszcie wylądowanie na kanapie. a rano... o bosze o bosze! %(
wróciłam do żywych ok 14:00. Kochany Alladyn i Kochana Irenka już zdążyli wszystko posprzątać, a jeszcze wieczorem Kochana była Duża Soja. Wielkie gracias!
Później nie było nawet tak źle, jeszcze przez parę godzin pełniłam rolę Cioci Basi, a następnie POPRAWINY :)
i nieszczęsny/szczęsny incydent...
Filip i Fiona stracili dziewictwo.
Co na to Soja? - biedny Filip
Co na to sąsiadka? - przecież mówiła Pani, że Pani pies był kastrowany!!! Będzie Pani płacić alimenty! (ponoć ja też, bo na mojej posesji)
Sojuuuu? -_-
niedziela, 6 maja 2012
dzień później
cudowne przenikanie siebie wzrokiem po 1 dniu siebie niewidzenia ^^
home is wherever I'm with you
cudowne wariactwo ^^
cudowne uczucie, które wypełnia mnie całą od środka. po każdy kraniec mojego ciała. chęć zatrzymania chwili, stanu, szczęścia. jakbym nie widziała Go z tydzień co najmniej. i ta piosenka, która mnie zaraz utuli do snu... a opowiada wszystko o naszym domu :)
sobota, 5 maja 2012
dzień za dniem
10 dni minęło szybciej niż się spodziewaliśmy. a właściwie niecałe 8... 8 wspólnych dni, nocy, mieszkania ze sobą, co drugi dzień z dzieciaczkami, najpierw jednym, później rozmnożonym do czterech osobników, zwariowanego psa, przerażonego kota, żaby i całej hodowli chrabąszczy, pająków i nienarodzonych kijanek.
fajnie było :)
teraz króciutko, bo właśnie padł mi (tym razem obawiam się na zawsze, ale w sumie zawsze się tego obawiam) mój główny komputer -_- a chciałam fot parę zamieścić...
cóż.. powrót Heni z urlopu nastąpił szybciej niż się spodziewaliśmy. Dziś już Henia jest i znów wróciłam do swojej samotni na górze. "piszę pracę", a tak naprawdę nic mi się nie chce. taka niemoc. jakby ktoś mi całą energię zabrał. zrobiliśmy sobie nie lada labę i teraz odczuwam jej skutki. najbardziej jednak, skutki wspólnego mieszkania odczułam wczoraj wieczorem. kolacja, prysznic, film do poduszki... i pytanie w mojej głowie: kiedy znów nam się przydarzy taka swoboda? bo ja bym chciała już tak zawsze móc się przytulić i zasnąć.
fajnie było :)
teraz króciutko, bo właśnie padł mi (tym razem obawiam się na zawsze, ale w sumie zawsze się tego obawiam) mój główny komputer -_- a chciałam fot parę zamieścić...
cóż.. powrót Heni z urlopu nastąpił szybciej niż się spodziewaliśmy. Dziś już Henia jest i znów wróciłam do swojej samotni na górze. "piszę pracę", a tak naprawdę nic mi się nie chce. taka niemoc. jakby ktoś mi całą energię zabrał. zrobiliśmy sobie nie lada labę i teraz odczuwam jej skutki. najbardziej jednak, skutki wspólnego mieszkania odczułam wczoraj wieczorem. kolacja, prysznic, film do poduszki... i pytanie w mojej głowie: kiedy znów nam się przydarzy taka swoboda? bo ja bym chciała już tak zawsze móc się przytulić i zasnąć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












