Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 listopada 2013

statyczność i mobilność

wprowadziliśmy się w niedzielę. do 01:00 w nocy K. układał podłogę, ja skrobałam zaschnięte kleksy tynku, skręcaliśmy łóżko, zamiataliśmy, przewieźliśmy tonę gratów, włączyliśmy lodówkę. zasnęliśmy wykończeni, aby obudzić się o 5:55, bo o 6:41 miałam pociąg do Wrocławia. uciekł. wsiadłam w następny o 6:47.

znów to uczucie. coś się zaczęło, a ja pakuję walizkę i wyjeżdżam. planowałam wyjazd do Wrocka od dawna, ale akurat wypadł na moment naszego zamieszkania. smutno mi, że nie mogę uczestniczyć w dalszym kładzeniu podłogi, kafelek w kuchni i skręcania mebli. z drugiej strony, jak to mój Tato mówił "znów dupa cię swędzi". swędziała mnie już od tak długiego siedzenia na miejscu ;)

jechałam 7h pociągiem. 3h do Zielonej i 4h od Zielonej na plastikowych czerwonych siedzeniach rozgrzanych do takiej samej czerwoności jak ich barwa. we Wrocławiu ucieszyłam się, że mogę w końcu wstać. jedyny plus to przeczytanie całej 200-stronicowej książki. od deski do deski. to pierwsza książka, którą przeczytałam do końca od... bardzo dawna. są plusy siedzenia na dupie przez 7h.

jestem drugi dzień. myśli odrywam od Dębna. wkręciłam się w moje sprawy tutaj, czyli doktorat. i cały czas biegam. męczy mnie duże miasto, męczą mnie przystanki i tramwaje, czas. ciągle mnie goni czas. miałam siedzieć w bibliotece, a tymczasem gonię, aby zdążyć ze wszystkim. cieszą mnie spotkania.

jadę tramwajem i wspominam studenckie, beztroskie życie we Wrocławiu. kurna, to przecież było tak niedawno, a jakoś już nie widzę takiej iskry w tym mieście. starość, ale radość, bo jakoś żalu nie mam. tylko wzdycham z sentymentem i cieszę się, że jestem już teraz w innym czasie, realiach, życiu. fajnie było, ale teraz też jest mi dobrze, choć życie kładzie teraz więcej kłód pod nogi i częściej i takie większe. mam tylko nadzieję, że nie zabraknie mi sił, aby stawiać kroki wysoko, ponad tym wszystkim.



poniedziałek, 4 listopada 2013

sny i jawy

wróciły sny o sezonie. zatrzymują mnie na granicy, sadzają przy biurku i pytają po angielsku o przepustkę, trasę, ludzi i że kim ja jestem? pilotem? co taki pilot robi? a ja się silę po angielsku, choć na usta mi się cisną serbskie słowa. koszmar.

pożegnaliśmy domek w lesie, a nasz kąt dalej czeka na zamieszkanie. to zabraknie kafelek, to piec niepodłączony, to się coś opóźnia itd. itp. tymczasowo przygarnęła nas H. wygodnie, ale dalej na walizkach i nie u siebie.

zimno. kot już nawet nie chce z domu wychodzić.
otwieram jej drzwi i mówię zachęcająco "no idź"
a ona patrzy się na mnie jakby miała mnie i cały ten świat baaaardzo głęboko gdzieś i odpowiada "sama se idź"

dni mijają szybko. raz jest mnóstwo do zrobienia. a innym razem leżymy pół dnia w łóżku.
doktorat leży i czeka na lepsze czasy, które właściwie już powinny przyjść.

w ostatnim miesiącu było różnie. emocje raz rosły i radość wznosiła na szczyty, a innym razem emocje opadały i pojawiały się wątpliwości i jesienne letargi.

i tak jakoś powoli, bez pośpiechu, wszystko idzie ku dobremu...
jak to Ivan kiedyś stwierdził "Bahoo wszystko robisz na odwrót"
Rzeczywiście. Dzieci już są, kredyt jest, mieszkanie się robi, zatem do kompletu jeszcze się hajtniemy ;) - taki piękny antystandard.
Oficjalnie z dziewczyny stałam się narzeczoną ^^

Kiedy ślub?
a nie wiem.
bardziej podoba mi się "narzeczona" niż "żona" ;)

czwartek, 13 czerwca 2013

medytacje

czasem mam wrażenie, że spokojny umysł będę miała dopiero wtedy kiedy nie będę miała nic na głowie, kiedy nic nie będzie mnie gonić. tylko, czy to się kiedyś skończy? goni mnie doktorat, zaliczenia, prace, referaty. nie mogę się od nich uwolnić, bo ciągle zalegają i zajmują moje myśli i stresują, że jeszcze ich nie napisałam.
wczoraj pomyślałam, że byłabym taka wolna bez nich.
i jednocześnie sobie przypomniałam jaką poczułam pustkę niedawno, jak powstało zagrożenie, że nie zdam jednego z przedmiotu i co za tym idzie semestru i że już nie wrócę na doktorat.
kurwa! tak źle i tak niedobrze.
o mój umyśle, skup się i pomyśl dobrze, odpocznij, zrelaksuj się i medytuj.

sobota, 9 marca 2013

the wind of change

potrafię wyczuć wiatr. wyczuć jego intencje, kiedy przynosi coś dobrego, a kiedy niepokojącego. zawsze przynosi zmianę.
bardzo wiało w piątek i myślałam "o!ho, będzie ciężki weekend". od kilku tygodni szykowałam się na rozmowę z mamą. wiatr mi trochę pomógł. sama rozmowa niewiele. czas pokaże, nie walczę, idę przed siebie i obserwuję co się wydarzy. Poczekam na dobre wiatry... let it be.

środa, 6 lutego 2013

pogoda

ten post będzie totalnym mish-mashem, ale w końcu jest o pogodzie.

dziś jechałam do Wrocławia najpierw w ciemnościach (5:40 wyjazd z Dębna), potem w szarudze, przed Zieloną zaczął sypać śnieg, przez zaspy w Zielonej ledwo przejechałam, do Legnicy widziałam na białym tle tylko światła auta przede mną i konary drzew na bokach. Za Legnicą nagle czarna droga, dojeżdżam do Wrocławia rażące słońce...

idę przez Rynek. świeci słońce. słyszę znajomą melodię. ktoś gra na gitarze. na dźwięk muzyki uciekam, nie chcę jej, kojarzy się z przeszłością. ale muzyka za mną biegnie i nagle dociera do mnie pozytywna myśl. staję, słucham, nie rusza mnie, jestem spokojna, bo ta piosenka już dawno przestała być częścią mnie.
stoję w słońcu, słucham i się uśmiecham.
życie jest jak pogoda. U S. też wyszło słońce :)

teraz siedzę u rodzinki we Wrocławiu. Rodzinka na feriach, Dziadek na próbie chóru. ja piję piwo w dość szybkim tempie jak na mnie, aby zdążyć zanim Dziadek wróci. Dziadek... tylko on został mi z tej generacji. Dziś psycholog mnie zapytał, czy znałam Babcię? Zatkało mnie, myślę o Babci, która właśnie umiera... a on "Mamę Pani Mamy"... a! nie, nie znałam.

Wczoraj byłam na kolejnym pogrzebie. Kolejnym, bo w ostatnim czasie jakoś staję się bywalcem. Ninka. Pani Ninka. sąsiadka Babci. Jedna z tych osób - jak to D. mówi - prosta, ale o złotym sercu. Pomagała nam opiekować się Babcią, bezinteresownie, zawsze na zawołanie. Była na pogrzebie Dziadka, na stypie, prawie jak rodzina, obecna od zawsze, odkąd ja istnieję. Szykujemy się na pogrzeb Babci, ale nikt się nie szykował na pogrzeb Ninki. Jeszcze jedną taką "uroczystość" muszę teraz przetrzymać. Nie znamy dnia ani godziny.

Zaparkowałam między kościołem a sklepem. zgasiłam silnik. "a może pójdę?... dobra idę". nagle pukanie w szybę, już widzę, że kobieta chce na wino, machnęłam ręką. ona dalej stoi. dobra, muszę wyjść. robi biedną minę: "Pani ma Pani 2-3zł? na chleb i mleko, dzieci głodne". "nie dam", odwracam się idę do kościoła i myślę sobie jaka ze mnie szuja. posiedziałam z 5 min. wracam, ona stoi. i dzieje się coś, co robię zupełnie... odważnie. podchodzę, a ona już z daleka, jakby mnie nie poznawała
"szczęść boże, 3zł..."
"ja Pani kupię ten chleb"
konsternacja... "no ale co mi po chlebie, ja pięcioro dzieci mam, wszystkie głodne"
"nie interesuje mnie to, ja Pani proponuję kupienie chleba, chce Pani?"
"no ale... to coś do chleba!"
robię się niecierpliwa "kupię Pani chleb i mleko"
"a co mi po mleku?"
"nie to nie" czekam na reakcję, ale ona się obrażona obraca. obracam się i ja i idę w swoją stronę... "czyż na początku kobieto nie prosiłaś o chleb i mleko? - myślę. nie rozwiążę wszystkich problemów świata. mam swoje.

Zatem wspomniałam, że byłam u psychologa. Drugi raz w moim życiu, u innego. Po pierwszym (a raczej pierwszej) wsiadłam w auto, pojechałam na hot-doga i wróciłam do domu. Po drugim poszłam do kościoła, kupiłam piwo i myślę.





czwartek, 24 stycznia 2013

rozpierducha

moje życie w ostatnich dniach to totalna rozpierducha. w sensie trochę negatywnym, ale w większości pozytywnym. dużo się dzieje.
rozpierducha to dosłownie jest w moim pokoju. wszystkie rzeczy z graciarni tu są: książki, szafki, stare rurki do robienia bimbru, niedziałająca wieża hifi i jej głośniki, worki z miśkami, flaszki pełne i puste, bombki, lampki, o i sedes też jest...
dlaczego?
remont! totalne wykończenie zagraconych i nieocieplonych kanciap i tworzenie łazienki. na górze domu na Chojeńskiej i choć niedługo się stąd wyprowadzam, trzeba to kurna ocieplić, bo niedługo odpadnie z tego domu piętro. z zimna. no i łazienka. dla gości, dla rodziny jak przyjeżdża 17 osób na święta. ale też dla mnie - na ciemnię ^^ . pokój mój zostanie ogołocony i pomalowany na biało i tak będzie tak sobie stał do fotograficznego zagospodarowania. w końcu będzie czysto, bez gruzu, z tynkami, z normalną podłogą i miejmy nadzieję ciepło.

rozpierducha jest też z moim czasem. ciągle coś. ciągle gonię swój ogon. koniec semestru, koniec kursu photoshop, firma, która ruszyła. wszystko wymaga czasu i poświęceń. jestem już zmęczona jeżdżeniem co tydzień do Wrocławia. ale już niedługo i miejmy nadzieję, że od połowy lutego będę się zajmować tylko bieżącymi sprawami i szukaniem osób na wycieczkę do Czarnogóry ^^

tia, a od marca wykończeniówka w naszym nowym mieszkanku ^^ już się nie mogę doczekać!

sobota, 5 stycznia 2013

remanent papierów i myśli

zrobiłam sobie listę. nie postanowień na Nowy Rok, ale listę rzeczy do zrobienia. lista jest cholernie długa, ale precyzyjna. od 2 stycznia cieszę się skreślaniem poszczególnych punktów. dziś mogę skreślić papiery, które od ponad roku zagracały mój pokój i myśli. papiery nie układane od śmierci Taty (rok i 4 miesiące), tylko dokładane na kupkę. wyciągi z banków, rachunki, zaległości, pity, zusy, usy, umowy, ksera, faktury, akty urodzenia, małżeństwa, zgonu, dziedziczenia, ubezpieczenia, referaty, mapy, ulotki. teraz każdy papierek ma swój segregator lub karton. poukładałam też niektóre myśli, pogodziłam się np. z tym, że NIP i regon Taty muszą znajdować się w tym samym segregatorze, co Akt Zgonu. popłakałam sobie, oczyszczając swój pokój i myśli.

p.s. może w końcu nie będę zalegać z opłatami za rachunki "zagubione", bowiem wszystkie zostały w cudowny sposób odnalezione ^^

sobota, 29 grudnia 2012

with & without time

jeszcze 2 dni tego Roku. Chcę już go zamknąć i zacząć wszystko od nowa. Bez PZU, z nową pracą, z mieszkaniem, z chłopakiem którego kocham, z przyjaciółmi dla mnie bliskimi, z akceptacją rodziny i z nadzieją na poukładanie tego mojego, małego, prywatnego, życiowego bajzlu.

a Boże Narodzenie?
spokojna Wigilia, bez Dziadka, z chorą Babcią, ale za to przełomowo - oficjalnie z K.
kolejny dzień u brata K. - druga rodzina :)
i z przyjaciółkami, kuzynką i koleżankami - u "Fajnych Babek"

miło, sympatycznie, z oczyszczającymi rozmowami, pięknie, trochę smutno i bardziej wesoło, zwariowanie... with so many people, in so many places, without time.

sobota, 15 grudnia 2012

zimowy miś

gdybym mogła przespałabym zimę. albo przesiedziała pod kocem z grzanym winem i książkami. ale nie, życie zapierdziela i kiedy nie dzieje się nic to ja biorę WSZYSTKO i zapierdziel mam jeszcze większy. i jak zwykle przed Świętami, pomijając wszelkie porządki, których zrobiłam może 10% w całym domu. tym razem mam postanowienie, że nie będę ubierać choinki w nocy i że w Wigilię nie będę odkurzać... czy się uda? -_-

p.s. tak sobie myślę, że jeszcze mogłabym przeleżeć w ciepłym łóżku, przytulona do mojego naturalnego K.aloryfera ;)

środa, 28 listopada 2012

sprawiedliwość

stoję przy kasie w Biedrze, na taśmę wykładam 3 duże wkłady do zniczy. patrzę na nie jak się poruszają na taśmie. nagle czyjaś ręka kładzie za nimi 3 puszki taniego biedronkowego piwa i w tym samym momencie do moich nozdrzy dociera straaaszny smród... odwracam się mimo woli. żul. wracam wzrokiem na taśmę... wkłady, puszki, wkłady, puszki, smród... gotuję się... kurwa jakie to jest niesprawiedliwe, że taki Leszek musiał umrzeć, a takie śmierdzące żule dalej istnieją na tym świecie -_- !!!

p.s. racja - miałam zły humor jak to pisałam. nie powinno się czegoś takiego pisać, może nawet i myśleć, ale nad myślami często nie panujemy. każdy ma prawo do życia i do jego szanowania, albo nie. przecież jesteśmy wolni. czasem w obliczu różnych wydarzeń staję się bezsilna i prymitywna. tego żula znam i wiem, że sam sobie pieprzy życie, jest też strasznym cwaniakiem i chamem. może gdyby to był ktoś anonimowy, ale znając po części życiorys tego typa ogarnęła mnie złość. też gdybym w tym momencie kupowała chleb, a nie znicze, pewnie ta złość by się nie nasunęła. w przypływie chwili napisałam tego posta, teraz myślę, że nie powinnam. ale skoro też już to się stało nie chcę go wymazywać, jakby to się nie stało.

poniedziałek, 26 listopada 2012

kolacja i takie tam

jestem fanką kiełek... mniam mniam ommm mniam mniam
jest 23:14, przed chwilą pożarłam jajko sadzone, pomidorka i smażone kiełki. jeszcze długa noc przede mną, więc musiałam zrobić zapasy. jeszcze mi się chce jeść, przypomina mi się Lidka "ja po prostu kocham jeść". za to nie chce mi się pisać, tzn. tłumaczyć... wybrałam sobie ambitny tekst i ograniczona czasem rwę sobie włosy z głowy. za dużo na raz - cała bacha.

czwartek, 22 listopada 2012

spotkania

siedzę z Rafałem na kawie, podnosi filiżankę i zanim łyknie kawę pyta:
- a jak tam z tą firmą? PZU? układa się?
- yyyy zwolnili mnie
- pfffffffffffff - lekka fontanna ze świeżo nadpitej kawy - aha.

spotykam się z Bedi:
- pitu-pitu
- pitu-sritu
- O! a tak w ogóle gratuluję zwolnienia z PZU :D
(zdążyła przeczytać porannego posta)

ciekawe reakcje...

Ovće ma koszmary, bardzo podobne do moich, a może po prostu wszystkie koszmary są do siebie podobne. W każdym razie śnił jej się ostatnio Leszek... a zatem jest we Wrocławiu. Dlaczego akurat do Ovća zagląda, a może natknął się na nią przypadkiem? nobody knows. ucieszyłam się, gdy Ovće opowiedziała o śnie, tak jakby Leszek zaginął i ktoś dał mi informację "spoko, jest tutaj".

niedziela, 18 listopada 2012

szał

szał urządzania mieszkania, którego jeszcze nie mamy trwa nadal ;) największy jest szał kafelkowy, który odnawia się po każdej wizycie u Lidki. Rozmowy o życiu, kafelkach, miłości, kafelkach, Bałkanach, podłodze, chlebie, podłodze, gotowaniu, wyposażeniu kuchni, podróżach, giełdzie w Lublinie ;)

W jakimś sensie wydaje mi się, że staję się męcząca z tymi kafelkami, łazienkami, kuchniami i pozytywnie się zaskakuję, kiedy K. podziela (jeszcze) ten entuzjazm.
nie mogę się doczekać kiedy pojedziemy do ikei, kiedy zaczniemy urządzać i wreszcie kiedy zamieszkamy.

Henia już wszystko wie. Ciężar tajemnicy ze mnie spadł. Ale ponieważ nie było wybuchu - dalej jestem czujna i gotowa na wszystko.

Tymczasem z każdym dniem, każdą rozmową, każdym uśmiechem i spojrzeniem staję się pewniejsza, przekonana, zdecydowana... to nie tylko mieszkanie, to będzie nasz Dom :)

czwartek, 1 listopada 2012

unplugged

dzień wielce wkurwiający. ale na jego koniec, na powrót z cmentarza w "Trójce" Nirvana Unplugged in New York. W aucie milcząca ( w końcu) Henia, Ciocia i Kuzynka, ja napompowana emocjami, ale gdy słyszę głos Kurta wszystko ze mnie uchodzi, taka nirvana... nie mam komu przekazać swojego entuzjazmu, więc pozwalam mu wirować samemu w mojej głowie, z lekkim uśmiechem na twarzy "ommmm" ^^

z każdym dniem bez Leszka coraz bardziej Go rozumiem. Rozumiem jego złość, wybuchy, opadające ręce, brak siły i w końcu poddawanie się. On też nie był złoty, ale H. czasem potrafi człowieka zniszczyć.

uświadomiłam sobie, że jakiekolwiek Święta, w przeciągu mojego całego życia, czy Wszystkich Świętych, czy Boże Narodzenie, Wielkanoc - zawsze były obchodzone w wielkim stresie. bo szefowa całego zamieszania coś sobie zaplanowała, ustaliła sama z sobą i TAK MA BYĆ.

mam wrażenie, że Leszka od jakiegoś czasu nie ma obok nas. na początku bardzo czułam Jego obecność, później trochę mniej, a teraz wcale. dawno mi się też nie śnił, mimo iż ciągle jest obecny w naszych rozmowach i moich myślach. może układa sobie tam "życie", poopiekował się nami, teraz trochę podróżuje, może odwiedza starych znajomych na tym, bądź na tamtym Świecie.

Stanął pomnik, z napisem "W życiu piękne są tylko chwile" - uwielbiał tę piosenkę, ale jeszcze bardziej lubił powtarzać te słowa, wtrącając przed nimi "eh..." To tak pasuje do Jego szybkiego życia i jeszcze szybszej śmierci.

Ale dziś nie Dżem, a melancholijny Kurt i ten piękny bas na początku "Come as you are". Dawno nie miałam nowego utworu do wałkowania. Dziś wieczór wałkuję unplugged, najpierw Nirvana, potem Alice in Chains, a jak wystarczy nocy to jeszcze Pearl Jam.



http://www.youtube.com/watch?v=ud9gVs-H9d8 Alice in Chains
http://www.youtube.com/watch?v=soQsPMRQWtI Pearl Jam

poniedziałek, 8 października 2012

ważne, mniej ważne, jutro

mój kalendarz znów cały zapisany. dżizas jak ja nie lubię papierków!! ciągle się gubią! zgubiłam dziś NIP firmy. kurna znów cały dom do góry nogami. nie ma. przysięgam, że nie ma.
wróciły do ogarniania rachunki, ZUSy i teraz jeszcze moja własna papirologia. powoli się w tym łapię, choć przeraża mnie to bardzo :/ dobrze, że mój facet to księgowy, no bo przecież nie wybrałam Go tak po prostu z miłości ;)

plan na jutro
- opłacić garaż (na chu. mi ten garaż?)
- wystawić vectrę na sprzedaż
- zanieść wniosek do US
- odebrać fakturę za pieczątkę
- foty dla Łosia c.d.
- portfolio ślubne dla Lidki
- wydrukować rozliczenie dla Mamy
- referat ikony (monastery monastery monastery *_*)
- przetłumaczyć tekst po hiszpańsku
- zrobić plan doktoratu
- foty na bloga
- porządek w papierach

najstraszniejsze jest to, że jak robię wszystko według kolejności "ważne, mniej ważne, jutro" to i tak nie wystarcza mi czasu.

niedziela, 7 października 2012

gdybanie

czy jeżeli ciało zostaje spalone to rodzinnie jest lżej znieść śmierć bliskiej osoby?
tak właściwie stwierdził D.
ja nie wiem.
wiem jednak, że jest coś "dziwnego" w czyszczeniu nagrobka Taty. tak jakbym nad Nim stała i rzeczywiście myślę, że On tam jest, kilka metrów pode mną.
coś "dziwnego" dziś poczułam, jak sobie to uzmysłowiłam (często to robię). nie wiem jak to opisać, ale najlepiej pasuje mi słowo "miłość"... zwykłe wycieranie drewnianego krzyża przerodziło się w miłość do tej rzeczy, a raczej do tej całości, którą ta rzecz stanowi.

często myślę o tym, co by było gdyby Leszek dalej żył. i czasem boję się o tym myśleć - bo w pewnym sensie może nie wypada. z drugiej strony co się zdarzyło nie wróci i po fakcie można sobie gdybać, ale nigdy stawiać na szalę. zatem chcę to napisać, aby się uwolnić i z tą myślą pogodzić...
gdyby to wszystko się nie zdarzyło zapewne byłabym teraz we Wrocławiu na 3 roku (nie drugim) studiów doktoranckich. Leszek remontowałby sobie spokojnie dom, a Henia wymyślałaby dla Niego coraz to nowsze zadania. nie byłabym częstym gościem w domu, może raz na miesiąc, na dwa. Może bym kogoś poznała we Wrocławiu, a może i nie. w każdym razie byłabym w zupełnie innym momencie mojego życia, myślę, że gdzieś wcześniej niż teraz.
teraz wiele jest już za mną. więcej wiem. jestem gotowa do pewnych kolejnych kroków.
a myśl, która mnie przeraża to przede wszystkim, że gdyby Leszek żył to nie byłabym z K.

"Nic nie dzieje się z przypadku" /Paulo Coelho/

poniedziałek, 24 września 2012

ciasto do kawy :*

Wstaję idę do kuchni i widzę „ciasto do kawy :*”. jestem na Waryńskiego, a mój Kochanek już dawno w pracy :*. Do ciasta robię jednak herbatkę i biorę laptopa. Nie ma internetu. To nic. Piszę w Wordzie. Słychać moje siorbanie, ciamkanie, szum lodówki i tykanie zegara. Tak naprawdę cisza. Nikt nie dzwoni do drzwi, nie woła, telewizor nie chodzi i za oknem jesienna cisza. Gołąb sobie uwił gniazdo na choince… nie lubię gołębi, ale jego pisklaki tym razem mnie wzruszają. Jezu jak się cieszę, jak mi dobrze, jak cudownie!!
Nikt nie goni. Jestem panią swojego czasu.

------------------------------------------------------------------------------

i już u siebie-nie u siebie - na Chojeńskiej. kolejna herba, kanapka. cisza. Henia na krioterapii przez tydzień. chciałabym aby jej zamrozili wszystkie negatywne myśli. wczorajsza jazda z nią do Radzynia - katorga! nieważne...

Mania od pół godziny patrzy przez okno. choruje, dostaje zastrzyki i smarowidła. jak tylko ją zawołam przychodzi i zamienia się w kulkę.

lista rzeczy do zrobienia mnie przeraża. jesień przytłacza.
jesen stiže Dunjo moja - wiatr, liście, chłód, deszcz, melancholia - evo, sve je tu.
a ja czekam na Niego :*



wtorek, 7 sierpnia 2012

No Mans Land(2001) - Who Started the War?

10 km za Gorzowem
Mama - a może byśmy pojechały do Renic?
ja - możemy, ale jak mam teraz jechać?
Mama - no jest taki zjazd na Renice
ja - O_o (niekojarząc) jak wiesz gdzie jest możemy jechać... i jadę dalej....

15 km za Gorzowem
Mama - o Jezu! gdzie my jesteśmy? gdzie Ty jedziesz?????!!!
ja - -_-" a gdzie mam jechać?
M - no miałaś zjechać na Renice!
ja - a był jakiś zjazd?
M- no jest jak się z Gorzowa wyjeżdża jest autostrada na Szczecin!!!
ja - (kurywa) Mamo, że chcesz jechać do Renic powiedziałaś mi 10km za Gorzowem!!!
M - aj wiesz co, nic już nie mów, teraz to już bez sensu, nie musisz tam jechać!
ja - O_O! i co jeszcze teraz to moja wina?! że nie pomyślałam w Gorzowie, że za 10km będziesz chciała jechać do Renic i że nie zjechałam wcześniej???
M - oczywiście, że to Twoja wina!
i w tym momencie wyobraziłam sobie scenę z filmu "Ziemia niczyja" i to ja mam karabin i pytam Ją "czyja to wina, ha?"



czwartek, 12 lipca 2012

zawiesina

co się dzieje? z każdym dniem dochodzi coś nowego. już był piękny plan, za 2 godziny mieliśmy wyjeżdżać. telefon ze Śląska, że rezonans popsuty. mieliśmy zawieźć Mamę na zabieg, a potem jechać dalej. do tego jeszcze nie wiadomo czy nasze auto dostanie przegląd. czy pojedziemy z Mamą czy bez. kto ją wtedy za tydzień zawiezie? nocleg w Wiedniu też odwołany. na niedzielę mamy bilety na EXIT, czy zdążymy? nie mam obiektywu... dziwne, ale właśnie to mnie dobiło. brak możliwości. jednego dnia zostają mi pożyczone cudeńka, cudownie się z nimi pracuje. a sama jadę bez niczego... tak bardzo czekałam na ten obiektyw...
i wciąż idę, a w mojej głowie niebezpiecznie NIC.
zawiesiłam się. usiadłam niespakowana i nie chce mi się dupy podnieść.
staram się myśleć o tym, że jak dojedziemy to położę się nad Dunajem i tak będę leżeć.

poniedziałek, 2 lipca 2012

moja kuća je bez krova

chciałam już wracać bardzo. do K.
i jednocześnie nie chciałam wracać wcale. do H.

wytrzymała 4 dni i zaczęło się.
-wydaje mi się, że Ty w ogóle nie myślisz. życie to nie tylko przyjemności
-trwonisz pieniądze. co robisz z tymi pieniędzmi?
-nie wiesz co robisz, w co się pakujesz
-masz mnie w dupie. zostawiasz mnie.

i kolejne uświadamiania, które i tak nic nie daje
-kolejny wyjazd - zaplanowany od dawna, mogę - jadę. zło, bo to przyjemność.
-nie utrzymujesz mnie! zarabiam sama na siebie i jeszcze się dokładam do domu.
-nie wiem i przekonam się SAMA.
-zostawiam Cię na 1 miesiąc w całym roku (2tyg Macedonia, 4 dni Wenecja, 2 tyg. autem przez Bałkany), a resztę miesięcy kiedy wyjeżdżam to pracuję.

nie jestem już dzieckiem. chcę stworzyć własne życie. zarabiam na siebie. spłacam Twój jebany kredyt. pomogę, ale nie będę pracować dla jebanego PZU!!!

boję się przyszłość z nią. powoli brakuje mi siły i boję się, że nie dam rady. sama się zamyka, stawia bariery. pyta się mnie od kiedy jestem taka mądra i kiedy to niby tak dorosłam??? KURRRRRWA! brak mi słów, witki mi opadają, oczy mam wybałuszone i nie wierzę, że to słyszę. Bo tylko ona ma prawo przeżywać śmierć Taty i wydaje jej się, że tylko ona dźwiga ten krzyż związany z naszym utrzymaniem. i ona haruje, a ja mam tylko przyjemności.

a ja psychicznie już głupieję i rozdarta nie wiem czy robię dobrze, czy źle. wydaje mi się, że mam prawo do własnego życia, ale za chwilę dręczą mnie wyrzuty sumienia, a potem znów myślę, że to tylko manipulacja, a potem znów, że może ona ma rację.
głupieję i po raz pierwszy jestem w sytuacji gdzie mam ochotę usiąść i się rozpłakać, bo nie widzę rezultatów walki.