K. zrobił mi niesamowitą niespodziankę. jestem z Niego dumna :] bo wszystko załatwił sam, pomimo iż nigdy nie wyjeżdżał w ten sposób i że wpadł na taki szalony pomysł :D w ogóle ciężko mi sobie wyobrazić, że nie wyjeżdżał. u mnie to już jest jak narkotyk. dziś J. widząc mnie zapytał, czy do 10 kwietnia dam radę usiedzieć na miejscu? otóż nie :) ale tym razem dawka nie będzie przeze mnie dla siebie podana... i kiedy "cały świat wokół" jest na nie - czyli H. i wszyscy, którzy uważają, że powinnam siedzieć na dupie i robić porządki przed Wielkanocą (już je zrobiłam) - my jutro/dziś będziemy jeść pizzę w Wenecji :)
wtorek, 27 marca 2012
sećanje na Matku
Kanion Matka, czyli Macica... ciekawa nazwa dla Kanionu (może kształt?). W każdym razie po kilku dniach spędzonych w Skopje wyruszyłyśmy poza miasto. Taksówką 15 km za Skopje, a co się będziemy!
Bedi już wtedy była ochrzczona jako Pinky One, ze względu na swój różowy polar, który był widoczny z daleka (gdyby w sezonie na Bałkanach nie było upałów sprawiłabym sobie taki zamiast piwoni - sukces murowany). Ja już też byłam Lazy One, i owszem byłam dość Lazy ;) zważywszy na moje zapalenie spojówek, i niewyleczone jeszcze z polski smarkanie i kaszlanie.
Zatem wracając do Macicy, w której byłyśmy... pięknie *_* Pierwszy raz zakładamy nasze super spodnie i super buty, bo jesteśmy gotowe na góry (w następnych 2 tygodniach super spodnie przydadzą nam się jeszcze 1 raz...). Taksówkarz, który nas zawiózł, a był wtorek, stwierdził, że wielka szkoda, że nie wybrałyśmy się do Kanionu w niedzielę, wtedy było więcej ludzi, a teraz pusto... cóż, głupie jesteśmy tak bez ludzi :P jeju jak było cudownie zatrzymać się w ciszy natury!! posłuchać wody i wiatru i tylko tego. Przeszłyśmy najpierw trasę (niecałą) wzdłuż Kanionu, potem zawróciłyśmy i chciałyśmy wejść na trudniejszy szlak. Panowie pracujący po bałkańsku (czyt. siedzący i się gapiący) popatrzyli się na mnie z politowaniem i stwierdzili, że tam jest za dużo śniegu, ale po drugiej stronie jeziora jest dobry szlak. hmmm, druga strona jeziora.... Ola albo Irena - to może można sobie wziąć łódkę, ale umiesz nią sterować, bo ja nie? :P Na szczęście znalazł się wśród gromadki jeden odważny, który nas przeprawi na drugi brzeg.
- 1euro od głowy - mówię dziewczynom
- a jak po nas wróci? - Ola
- po drugiej stronie jest dzwon, mamy zadzwonić to wtedy po nas przypłynie.
- ale jak będziemy po drugiej stronie i on po nas przypłynie to co będzie jak nagle zechce 100euro? i co? nie będziemy miały wyjścia... - Ola
good point, ale na szczęście Pan na to nie wpadł :) a dzwon okazał się metalową płytką i młotkiem.
Bedi już wtedy była ochrzczona jako Pinky One, ze względu na swój różowy polar, który był widoczny z daleka (gdyby w sezonie na Bałkanach nie było upałów sprawiłabym sobie taki zamiast piwoni - sukces murowany). Ja już też byłam Lazy One, i owszem byłam dość Lazy ;) zważywszy na moje zapalenie spojówek, i niewyleczone jeszcze z polski smarkanie i kaszlanie.
Zatem wracając do Macicy, w której byłyśmy... pięknie *_* Pierwszy raz zakładamy nasze super spodnie i super buty, bo jesteśmy gotowe na góry (w następnych 2 tygodniach super spodnie przydadzą nam się jeszcze 1 raz...). Taksówkarz, który nas zawiózł, a był wtorek, stwierdził, że wielka szkoda, że nie wybrałyśmy się do Kanionu w niedzielę, wtedy było więcej ludzi, a teraz pusto... cóż, głupie jesteśmy tak bez ludzi :P jeju jak było cudownie zatrzymać się w ciszy natury!! posłuchać wody i wiatru i tylko tego. Przeszłyśmy najpierw trasę (niecałą) wzdłuż Kanionu, potem zawróciłyśmy i chciałyśmy wejść na trudniejszy szlak. Panowie pracujący po bałkańsku (czyt. siedzący i się gapiący) popatrzyli się na mnie z politowaniem i stwierdzili, że tam jest za dużo śniegu, ale po drugiej stronie jeziora jest dobry szlak. hmmm, druga strona jeziora.... Ola albo Irena - to może można sobie wziąć łódkę, ale umiesz nią sterować, bo ja nie? :P Na szczęście znalazł się wśród gromadki jeden odważny, który nas przeprawi na drugi brzeg.
- 1euro od głowy - mówię dziewczynom
- a jak po nas wróci? - Ola
- po drugiej stronie jest dzwon, mamy zadzwonić to wtedy po nas przypłynie.
- ale jak będziemy po drugiej stronie i on po nas przypłynie to co będzie jak nagle zechce 100euro? i co? nie będziemy miały wyjścia... - Ola
good point, ale na szczęście Pan na to nie wpadł :) a dzwon okazał się metalową płytką i młotkiem.
sobota, 24 marca 2012
We Found Love in hopeless place...
... bo trochę tak jest. znaleźliśmy siebie. i ze świadomością, że jest i będzie ciężko - brniemy dalej :*
lubię początek. nie lubię wstawek techno. lubię kadry i kolory. lubię słowa. nie lubię końca.
lubię początek. nie lubię wstawek techno. lubię kadry i kolory. lubię słowa. nie lubię końca.
sećanje na Skopje
zwykle tam jestem przelotem. dosłownie. "proszę państwa, proszę za piwonią, halo! później będzie czas na zdjęcia". odkryłam nowe uliczki starego miasta, a razem z dziewczynami, czyli to co nowe dla nas wszystkich to życie w Skopje, codzienność stolicy. No właśnie, niby stolica... owszem zatłoczone centrum, ludzie śpieszący do pracy, ale też spokój, miejscowa cisza, dzielnica cygańska...
tak, wybrałyśmy się do Szutki - cygańskiej dzielnicy. Cyganie, cygańskie szkoły, kościoły, meczety, stragany, kartony, karawany, osły, konie, mercedesy. inny świat. zupełnie nam obcy. tak się właśnie czułyśmy - obco, natomiast ja i Bedi przekonałyśmy się na własnej skórze jak bardzo możemy być intruzami.
wybiegają zza kartonowych domów dzieci. bawią się. sięgam po aparat, pstrykam. one zadowolone pozują. Siadamy z Bedi na murku, Bedi rozdaje cukierki. Idzie... podchodzi Cyganka, odgarnia dzieci na bok, staje w rozkroku, założone ręce, mierzy nas od stóp do głów (gest jak z filmów) - będzie w pierdol... "czego tu chcecie?" "bawi was to?" "bawi was fotografowanie śmieci? bo my tu żyjemy jak śmiecie"... uh! ostro! zaczynam rozmowę, nie wiem po co, ale jakoś trzeba się ratować (ona stoi nad nami, my siedzimy, szanse na ucieczkę - marne) bjedny Bjednarz patrzy to na nią, to na mnie. Zaczynam tłumaczyć że przybywamy w celach pokojowych, tyle ile mogę. ona stawia twierdzenie, ja zaprzeczam. ona negatyw, ja pozytyw. Bjednarz powoli schodzi na zawał...
NIE WIEM jak to się stało, nawet nie jestem w stanie powtórzyć tej całej rozmowy. kobieta mięknie, uśmiecha się, pyta co się tak zaczerwieniłam, Bjednarz już nic nie rozumie...
- Bedi, ona nas zaprasza do siebie, idziemy?
- O_o?
no i poszłyśmy, ale nawet nie weszłyśmy do mieszkania. chmara dzieci nas obległa, chciały pieniądze, dostały cukierki. inna Cyganka rzucała się na nas, że jak chcemy pomóc to mamy dać kasę, pewnie jesteśmy z Ameryki. "nasza" Cyganka nas broniła, że studentki, że z Polski, że pokojowe zamiary i w ogóle :P mimo wszystko cały czas była napięta atmosfera. porobiłyśmy foty dzieciom i bezpiecznie się wycofałyśmy.
uf, długo jeszcze nabierałyśmy zakurzonego powietrza.
tymczasem Ola i Irena siedziały sobie na kawce u innej Cyganki, która od początku była miła, ale jak później stwierdziły dziewczyny - chodziło o znajomość, kontakt i wyciągnięcie jej z Szutki.
jadąc autobusem do Szutki miałam pewne obawy, przecież nie raz miałam już do czynienia z Cyganami. boję się ich - po prostu. nigdy nie wiem co zrobią, jak zareagują, czego chcą. ich życie jest zajebistym tematem do fotografowania, do opowiedzenia, ale musisz przytaknąć na zaproszenie, na którym nie dostaniesz kawy "za darmo", musisz wejść w ich życie, a oni muszą czuć, że w jakiś sposób mogą Cię wykorzystać. chodząc po ich dzielnicach jest pewien smutek, a z drugiej strony nie są w sytuacji bez wyjścia, oni tak żyją, nie chcą inaczej. taka moim zdaniem hipokryzja - jestem wolny, mam wszystko w dupie, nie będę uczciwie pracował, ale narzekam jak mi źle. nie ufam im.
oni też są podejrzliwi, a przez to niebezpieczni. "macie szczęście, że nie jesteście facetami" - gdybyśmy były, zamiast jednej wkurwionej kobiety, przyszło by kilku kolesi, wpierdolili by nam i zabrali sprzęt. ot co.
tak, wybrałyśmy się do Szutki - cygańskiej dzielnicy. Cyganie, cygańskie szkoły, kościoły, meczety, stragany, kartony, karawany, osły, konie, mercedesy. inny świat. zupełnie nam obcy. tak się właśnie czułyśmy - obco, natomiast ja i Bedi przekonałyśmy się na własnej skórze jak bardzo możemy być intruzami.
wybiegają zza kartonowych domów dzieci. bawią się. sięgam po aparat, pstrykam. one zadowolone pozują. Siadamy z Bedi na murku, Bedi rozdaje cukierki. Idzie... podchodzi Cyganka, odgarnia dzieci na bok, staje w rozkroku, założone ręce, mierzy nas od stóp do głów (gest jak z filmów) - będzie w pierdol... "czego tu chcecie?" "bawi was to?" "bawi was fotografowanie śmieci? bo my tu żyjemy jak śmiecie"... uh! ostro! zaczynam rozmowę, nie wiem po co, ale jakoś trzeba się ratować (ona stoi nad nami, my siedzimy, szanse na ucieczkę - marne) bjedny Bjednarz patrzy to na nią, to na mnie. Zaczynam tłumaczyć że przybywamy w celach pokojowych, tyle ile mogę. ona stawia twierdzenie, ja zaprzeczam. ona negatyw, ja pozytyw. Bjednarz powoli schodzi na zawał...
NIE WIEM jak to się stało, nawet nie jestem w stanie powtórzyć tej całej rozmowy. kobieta mięknie, uśmiecha się, pyta co się tak zaczerwieniłam, Bjednarz już nic nie rozumie...
- Bedi, ona nas zaprasza do siebie, idziemy?
- O_o?
no i poszłyśmy, ale nawet nie weszłyśmy do mieszkania. chmara dzieci nas obległa, chciały pieniądze, dostały cukierki. inna Cyganka rzucała się na nas, że jak chcemy pomóc to mamy dać kasę, pewnie jesteśmy z Ameryki. "nasza" Cyganka nas broniła, że studentki, że z Polski, że pokojowe zamiary i w ogóle :P mimo wszystko cały czas była napięta atmosfera. porobiłyśmy foty dzieciom i bezpiecznie się wycofałyśmy.
uf, długo jeszcze nabierałyśmy zakurzonego powietrza.
tymczasem Ola i Irena siedziały sobie na kawce u innej Cyganki, która od początku była miła, ale jak później stwierdziły dziewczyny - chodziło o znajomość, kontakt i wyciągnięcie jej z Szutki.
jadąc autobusem do Szutki miałam pewne obawy, przecież nie raz miałam już do czynienia z Cyganami. boję się ich - po prostu. nigdy nie wiem co zrobią, jak zareagują, czego chcą. ich życie jest zajebistym tematem do fotografowania, do opowiedzenia, ale musisz przytaknąć na zaproszenie, na którym nie dostaniesz kawy "za darmo", musisz wejść w ich życie, a oni muszą czuć, że w jakiś sposób mogą Cię wykorzystać. chodząc po ich dzielnicach jest pewien smutek, a z drugiej strony nie są w sytuacji bez wyjścia, oni tak żyją, nie chcą inaczej. taka moim zdaniem hipokryzja - jestem wolny, mam wszystko w dupie, nie będę uczciwie pracował, ale narzekam jak mi źle. nie ufam im.
oni też są podejrzliwi, a przez to niebezpieczni. "macie szczęście, że nie jesteście facetami" - gdybyśmy były, zamiast jednej wkurwionej kobiety, przyszło by kilku kolesi, wpierdolili by nam i zabrali sprzęt. ot co.
czwartek, 22 marca 2012
sećanje na Makedoniju
złe myśli trzeba odgonić, zatem wróćmy do dnia 3.03.2012, wieczór, lądowanie w Macedonii, Skopje, małe lotnisko z wielkim napisem ALEKSANDAR MAKEDONSKI. Wychodzimy, macha do nas Zlatko - nasz host i jego znajomy, który ma auto i nas zawiezie do mieszkania Zlatka taniej niż taksówka. Ale zaraz, jest nas 6... (again? z pkp w Poznaniu na lotnisko też jechaliśmy w 6 ;). tak, my 4, tona naszych bagaży, 2 kolesi i... mała zastawa. Witamy na Bałkanach :D (ta sentencja będzie się powtarzać przez całą naszą wyprawę). Ja jestem zupełnie głucha, źle zniosłam lot, zatkane uszy, zatoki (na następny dzień dostanę zapalenia spojówek). No nic. Dziewczyny przejmują komunikację, ja nic nie słyszę. Oczywiście ja jestem tą szóstą osobą, czyli leżę na kolanach dziewczyn (Bedi bardzo cierpi ;). Bagażnik zastawy ledwo się domknął. Brum brum brum... jedziemy, mijamy pierwszy patrol policji, drugi, trzeci... dobra! przecież to Bałkany ;) z min i gestykulacji rozpoznaję śmichy i chichy, dojeżdżamy pod wysoki blok w centrum Skopje. Odtyka mi się lekko jedno ucho - mogę nawiązać komunikację :D 2 windy, 11 piętro, mieszkanie Zlatka, a właściwie Skwarka :D (tak go ochrzciły dziewczyny nie mogąc zapamiętać jego imienia ;).
Skwarko - jeden z typów bałkańskich, który mogę określić w ten sposób: "rocznik 70-ty któryś, romantyk, jugo-nostalgik, człowiek, który może załatwić wszystko, kombinator, jego cel - wyjechać, dużo zarobić, moooże wrócić - żyć (żyć po bałkańsku - popołudniowa turska kafa, dobre jedzenie, wino, rakija, kobietA i śpiew)".
Zatem Skwarko nas ugościł. Ucieszył się wielce na widok żubrówki, którą błyskawicznie schował. Mieszkanie typowo studenckie, syfiaste, (myślę, że zapalenie spojówek od jego materaca), ale przecież on tu nie mieszka cały czas, jutro wyjeżdża do Szwecji (czy jakieś innej Skandynawii ;) dogadać się z pracą, zostawi nam klucze, wróci za tydzień. No, ale widok z jego mieszkania... nieziemski! Skopje nocą, dziewczyny już podniecone. Rozmowa skąd dokładnie jesteśmy, co robimy, jakie mamy plany... itd. Wchodzi dwójka innych couchsuferów - para z Francji.
- what are you doing here?
- oh, we've just started our trip around the World :]
- O_O in Macedonia... nice.
Sooo, jak przystało na bałkańską gościnność - jak się nie ma nic w lodówce - wychodzimy! Kafana - talerz mięska: pljeskavica, ćevapi, pieczony chleb posypany kozim serem, gorący kozi ser, rakija (dla chorej bachy vruća rakija - moje wyprawowe odkrycie - rakija na gorąco z cukrem mmmm!). Mam odetkane jedno ucho, od strony Skwarka, ale przez muzykę słyszę co drugie zdanie, no i za dużo zdań puściłam mimo uszu... już się zaczyna: "ah! divna je tvoja kosa!" "ti bi se snasla ovde na Balkanu"... myślę sobie "kurwa, jestem po prawie całym dniu w podróży, nieumyta, zasmarkana, zatkana... wtf?" no ale przecież do Bałkany. No to zaczynam swoją gatkę... "jak jechałyśmy w 6 na lotnisko w Polsce, w 6, bo jeszcze jechał MÓJ CHŁOPAK..." - czar prysł, wszystko wróciło do normy i mogłam znowu zatkać ucho :] Bałkany...
Skvarko okazał się bardzo zaangażowanym hostem, może nawet zbyt zaangażowanym. Następnego dnia oprowadził nas po Skopje i bardzo mu nie pasowało, że jestem pilotką i znam niektóre miejsca i zwracam mu uwagę "jeszcze tu i tam i to bym chciała dziewczynom pokazać". Cóż, konkurencja ;) Jednak był nieoceniony w swoich znajomościach. Największy plus, to że załatwił nam rent a car w bardzo okazyjnej cenie i tydzień później ruszyłyśmy ze Skopje autkiem na tour de Macedonia.
Natomiast melina Skvarka była dla nas jednocześnie zbawieniem, jak też udręką. Zbawieniem, bo miałyśmy do niej klucze. Udręką, bo po wyjeździe Slavka przybyli inni lokatorzy, którym najwyraźniej nie pasowało nasze towarzystwo (i wzajemnie ;).
ja pitolę, jeszcze 2,5 tygodnia... ;) w następnym odcinku o Skopje...
Skwarko - jeden z typów bałkańskich, który mogę określić w ten sposób: "rocznik 70-ty któryś, romantyk, jugo-nostalgik, człowiek, który może załatwić wszystko, kombinator, jego cel - wyjechać, dużo zarobić, moooże wrócić - żyć (żyć po bałkańsku - popołudniowa turska kafa, dobre jedzenie, wino, rakija, kobietA i śpiew)".
Zatem Skwarko nas ugościł. Ucieszył się wielce na widok żubrówki, którą błyskawicznie schował. Mieszkanie typowo studenckie, syfiaste, (myślę, że zapalenie spojówek od jego materaca), ale przecież on tu nie mieszka cały czas, jutro wyjeżdża do Szwecji (czy jakieś innej Skandynawii ;) dogadać się z pracą, zostawi nam klucze, wróci za tydzień. No, ale widok z jego mieszkania... nieziemski! Skopje nocą, dziewczyny już podniecone. Rozmowa skąd dokładnie jesteśmy, co robimy, jakie mamy plany... itd. Wchodzi dwójka innych couchsuferów - para z Francji.
- what are you doing here?
- oh, we've just started our trip around the World :]
- O_O in Macedonia... nice.
Sooo, jak przystało na bałkańską gościnność - jak się nie ma nic w lodówce - wychodzimy! Kafana - talerz mięska: pljeskavica, ćevapi, pieczony chleb posypany kozim serem, gorący kozi ser, rakija (dla chorej bachy vruća rakija - moje wyprawowe odkrycie - rakija na gorąco z cukrem mmmm!). Mam odetkane jedno ucho, od strony Skwarka, ale przez muzykę słyszę co drugie zdanie, no i za dużo zdań puściłam mimo uszu... już się zaczyna: "ah! divna je tvoja kosa!" "ti bi se snasla ovde na Balkanu"... myślę sobie "kurwa, jestem po prawie całym dniu w podróży, nieumyta, zasmarkana, zatkana... wtf?" no ale przecież do Bałkany. No to zaczynam swoją gatkę... "jak jechałyśmy w 6 na lotnisko w Polsce, w 6, bo jeszcze jechał MÓJ CHŁOPAK..." - czar prysł, wszystko wróciło do normy i mogłam znowu zatkać ucho :] Bałkany...
Skvarko okazał się bardzo zaangażowanym hostem, może nawet zbyt zaangażowanym. Następnego dnia oprowadził nas po Skopje i bardzo mu nie pasowało, że jestem pilotką i znam niektóre miejsca i zwracam mu uwagę "jeszcze tu i tam i to bym chciała dziewczynom pokazać". Cóż, konkurencja ;) Jednak był nieoceniony w swoich znajomościach. Największy plus, to że załatwił nam rent a car w bardzo okazyjnej cenie i tydzień później ruszyłyśmy ze Skopje autkiem na tour de Macedonia.
Natomiast melina Skvarka była dla nas jednocześnie zbawieniem, jak też udręką. Zbawieniem, bo miałyśmy do niej klucze. Udręką, bo po wyjeździe Slavka przybyli inni lokatorzy, którym najwyraźniej nie pasowało nasze towarzystwo (i wzajemnie ;).
ja pitolę, jeszcze 2,5 tygodnia... ;) w następnym odcinku o Skopje...
home, bloody home
dom mam w sobie, w Nas. takiego ze ścianami, oknami, z rodzinnym ciepłem - nie ma - wszystko odeszło razem z Leszkiem...
Irenka kiedyś mi napisała "do domu nie wraca się nigdy, ale tam gdzie spotykają się przyjazne drogi - cały świat wydaje się domem" - zatem będę go szukać na skrzyżowaniu tych właśnie dróg.
Irenka kiedyś mi napisała "do domu nie wraca się nigdy, ale tam gdzie spotykają się przyjazne drogi - cały świat wydaje się domem" - zatem będę go szukać na skrzyżowaniu tych właśnie dróg.
mmmm!
jak cudownie budzić się koło Niego... :]
nasza tęsknota sięgnęła zenitu. ciągle nie możemy się natulić, napatrzeć, nawdychać, nadotykać...
i... jak dziwnie budzić się bez 3 dziewczyn koło siebie ;)
już niedługo wspomnienia z podróży.
nasza tęsknota sięgnęła zenitu. ciągle nie możemy się natulić, napatrzeć, nawdychać, nadotykać...
i... jak dziwnie budzić się bez 3 dziewczyn koło siebie ;)
już niedługo wspomnienia z podróży.
wtorek, 20 marca 2012
środa, 14 marca 2012
Albania
jebem ti albanske puteve!!
czyli autem przez Albanie... ja pierdole! omijajac kolesi ktorzy sprzedawali ryby i... rybitwy!!! i ktorzy rzucali sie na nasz samochod ze swoim towarem.... omijajac ich - przetrwalysmy!! :)
czyli autem przez Albanie... ja pierdole! omijajac kolesi ktorzy sprzedawali ryby i... rybitwy!!! i ktorzy rzucali sie na nasz samochod ze swoim towarem.... omijajac ich - przetrwalysmy!! :)
wtorek, 13 marca 2012
Macedonia
jestem tu enty raz, a dalej mnie zaskakuje. moglabym tu wracac zawsze. ze wzgledu na piekno, kuchnie, ludzi i slonce.
środa, 7 marca 2012
Prisztina
dzien 5... moglabym napisac juz ksiazke, gdybym pamietala wszystkie te sytuacje, kiedy wszystkie cztery umieramy ze smiechu 50 razy dziennie i gdyby teraz pozostale 3 nade mna nie sterczaly i glodne tez sie dopominaly internetu.... zatem skupie sie na rzeczach bierzacych.
Kosowo. Prisztina. Ulica pt. "tam gdzie grecka ambasada". zyjemy :D Couchsurfing u Puertorykanczyka, Finki, kosowskiej suczki Ili i jej 5 szczeniaków. Dzis byl dlugi dzien. Stolica, monaster Graczanica, Gazimestan - czyli prawdziwe Kosowe Pole. Kosowo, a przynajmniej jak na razie Prisztina zupelnie nas zaskoczylo... jest europejskie! Deptaki, zachodnie sklepy, elegancko ubrani ludzie, ktorzy sie spiesza do pracy, klasa srednia, malo tych najbiedniejszych. Zero wojska, co jakis czas przejezdza auto z napisem KFOR, UN. Spokoj. Bezpieczny spokoj. W centrum budowany olbrzymi kosciol z wizerunkiem Matki Teresy. Pare razy nawet gadalam po serbsku. Ludzie przyjazni i pomocni. Jest normalnie.
Przy Graczanicy zasieki, ale w samym miasteczku i przy monasterze wszyscy rozmawiaja po serbsku. Zwiedzanie Graczanicy przebieglo w atmosferze "lihihihi" - jako jedyna serbska filoloszka stwierdzam, ze moje wspolpodrozniczki to ignorantki :P "aaaa Bacha, to czemu nie mowilas, ze ci zalezy na tym monasterze" -_- lihihihi
Gazimestan. Kosovo Polje to nie pole, to miasto -_- Tam gdzie byla bitwa to Gazimestan. Coz, nasz taksowkarz tez dowiedzial sie czegos nowego ;) Tam tez zasieki, Bedi zostawila paszport, dopiero wtedy weszlysmy. Cisza, spokoj, chlodny wiatr, pomnik wieza, dwa skrzyzowane miecze - serbski i turecki, pole. Dziwne uczucie. Miejsca dawnych bitew dawno zostaly zaadaptowane pod miasta, drogi, kable, a tutaj dalej jest ogromne, rozlegle pole... ciary przechodza.
Poza tym nasza druzyna pierscienia daje rade :) Lazy one, Pinky one, Greeny one, TurboIrena... jutro Peshka Patrijarhija :)
Kosowo. Prisztina. Ulica pt. "tam gdzie grecka ambasada". zyjemy :D Couchsurfing u Puertorykanczyka, Finki, kosowskiej suczki Ili i jej 5 szczeniaków. Dzis byl dlugi dzien. Stolica, monaster Graczanica, Gazimestan - czyli prawdziwe Kosowe Pole. Kosowo, a przynajmniej jak na razie Prisztina zupelnie nas zaskoczylo... jest europejskie! Deptaki, zachodnie sklepy, elegancko ubrani ludzie, ktorzy sie spiesza do pracy, klasa srednia, malo tych najbiedniejszych. Zero wojska, co jakis czas przejezdza auto z napisem KFOR, UN. Spokoj. Bezpieczny spokoj. W centrum budowany olbrzymi kosciol z wizerunkiem Matki Teresy. Pare razy nawet gadalam po serbsku. Ludzie przyjazni i pomocni. Jest normalnie.
Przy Graczanicy zasieki, ale w samym miasteczku i przy monasterze wszyscy rozmawiaja po serbsku. Zwiedzanie Graczanicy przebieglo w atmosferze "lihihihi" - jako jedyna serbska filoloszka stwierdzam, ze moje wspolpodrozniczki to ignorantki :P "aaaa Bacha, to czemu nie mowilas, ze ci zalezy na tym monasterze" -_- lihihihi
Gazimestan. Kosovo Polje to nie pole, to miasto -_- Tam gdzie byla bitwa to Gazimestan. Coz, nasz taksowkarz tez dowiedzial sie czegos nowego ;) Tam tez zasieki, Bedi zostawila paszport, dopiero wtedy weszlysmy. Cisza, spokoj, chlodny wiatr, pomnik wieza, dwa skrzyzowane miecze - serbski i turecki, pole. Dziwne uczucie. Miejsca dawnych bitew dawno zostaly zaadaptowane pod miasta, drogi, kable, a tutaj dalej jest ogromne, rozlegle pole... ciary przechodza.
Poza tym nasza druzyna pierscienia daje rade :) Lazy one, Pinky one, Greeny one, TurboIrena... jutro Peshka Patrijarhija :)
niedziela, 4 marca 2012
Skopje
ja pitole. katar, kaszel, zatoki, po locie Poznan-Londyn-Skopje ogluchlam, a teraz osleplam - zapalenie spojowek -_-!
jest zajebiscie :)
jest zajebiscie :)
piątek, 2 marca 2012
1 dzień
jutro o tej porze będę w Londynie. jutro wieczorem w Skopje.
a tymczasem.... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! szybki post, bo jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a jeszcze nie spakowane i jeszcze kuuurryyyyywa przeziębiona jestem na maxa. bo nie może być tak po prostu normalnie...
3, 2, 1....
wyjazd godz. 00:00
:*
a tymczasem.... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! szybki post, bo jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a jeszcze nie spakowane i jeszcze kuuurryyyyywa przeziębiona jestem na maxa. bo nie może być tak po prostu normalnie...
3, 2, 1....
wyjazd godz. 00:00
:*
czwartek, 1 marca 2012
zegarmistrz
zaniosłam zegar do naprawy.
zegarmistrz patrzy i od razu stwierdza, że jest składany. rzeczywiście, pudło nie jest oryginalne do tego mechanizmu, jednak tak idealnie dopasowane, że nawet ja zapomniałam, że Tato siedział nad tym zegarem miesiącami. zegarmistrz delikatnie wyjmuje mechanizm, a ja poznaję prawie każdą śrubkę i ten młoteczek... kiedy Tato sprawił, że równomiernie wybijał godziny - radość jego była przeogromna. najpierw było głośne "HA!" następnie przygryzał usta, podnosił brwi i machał głową lewo-prawo, gestykulując przy tym rękami. nagle pan zegarmistrz budzi mnie ze snu:
- kto to zrobił coś takiego?
- mój Tato - odpowiadam dumna z uśmiechem.
- yhym...
- i nie wiem czemu, ale potrzebowałam to powiedzieć, chyba bardziej dla siebie niż do zegarmistrza - Tato go złożył i naprawiał jak coś było nie tak. Teraz Taty już nie ma... no i zegar przestał chodzić. - czułam, że przekroczyłam własną granicę, oto mało co nie rozryczałam się przed obcym człowiekiem... help!
- dobrze, po niedzieli proszę się dowiadywać.
- dobrze, ktoś inny go odbierze za mnie.
- aha to na kogo mam zapisać? ... Oliwa, prawda?
- zupełnie niezdziwiona odpowiadam - tak. Oliwa.
zegarmistrz patrzy i od razu stwierdza, że jest składany. rzeczywiście, pudło nie jest oryginalne do tego mechanizmu, jednak tak idealnie dopasowane, że nawet ja zapomniałam, że Tato siedział nad tym zegarem miesiącami. zegarmistrz delikatnie wyjmuje mechanizm, a ja poznaję prawie każdą śrubkę i ten młoteczek... kiedy Tato sprawił, że równomiernie wybijał godziny - radość jego była przeogromna. najpierw było głośne "HA!" następnie przygryzał usta, podnosił brwi i machał głową lewo-prawo, gestykulując przy tym rękami. nagle pan zegarmistrz budzi mnie ze snu:
- kto to zrobił coś takiego?
- mój Tato - odpowiadam dumna z uśmiechem.
- yhym...
- i nie wiem czemu, ale potrzebowałam to powiedzieć, chyba bardziej dla siebie niż do zegarmistrza - Tato go złożył i naprawiał jak coś było nie tak. Teraz Taty już nie ma... no i zegar przestał chodzić. - czułam, że przekroczyłam własną granicę, oto mało co nie rozryczałam się przed obcym człowiekiem... help!
- dobrze, po niedzieli proszę się dowiadywać.
- dobrze, ktoś inny go odbierze za mnie.
- aha to na kogo mam zapisać? ... Oliwa, prawda?
- zupełnie niezdziwiona odpowiadam - tak. Oliwa.
K.
na przeziębienie najlepszy gripex, grzane wino, tortilla i Naturalny Kaloryfer :]
będzie mi Go brakować przez te 2,5 tygodnia.
2 dni...
będzie mi Go brakować przez te 2,5 tygodnia.
2 dni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)